Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Historia czesko-niemieckiej rodziny z Peca pod Śnieżką

Fragmenty wywiadu Libora Duška

     Eva Novotná, z domu Vyskočilová, wielu mieszkańcom Peca pod Śnieżką znana jest jako tamtejsza nauczycielka i bibliotekarka. Tej uśmiechniętej pani, kipiącej energią i optymizmem, nic nie jest w stanie wytrącić z równowagi. Nic dziwnego, jej najbliższych i nią samą czasy od końca lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia doprawdy szczodrze raczyły niespodziewanymi wydarzeniami. Jednak z mnóstwa nagłych zwrotów i niespodzianek losu zawsze umiała wyjść z właściwą sobie elegancją...



Fot. Kamila Antošova



   ■ Jak Pani rodzina znalazła się w Pecu pod Śnieżką?

   - Moja babcia, Maria Dix, z domu Mergans, pochodziła z Velkej Úpy. Wyszła za mąż za Wincentego Dixa, zbudowali tu dom i gospodarstwo. Babcia – Oma – była bardzo inteligentna i obrotna: latem i zimą wynajmowała cztery pokoiki gościom, przeważnie z Czech, z Pragi - tym którzy zamiast Špindla woleli spokojniejsze, ładne miejsce. Wtedy Pec wyglądał trochę inaczej…Nasza Oma zapewniała utrzymanie swoim dzieciom, była wielkim autorytetem i miała ogromny dryg do handlu. Masło i karkonoskie twarożki dostarczała aż do Pragi. A jeszcze wcześniej, zanim ten handel się rozkręcił, skupowała mleko od gospodarzy, o których wiedziała, że nie dolewają do niego wody, robiła masło i twaróg i pieszo nosiła to na targ do Trutnova. Była szczęśliwa jeśli jakiś woźnica podwiózł ją na skrzyżowanie. Bardzo chętnie nosiła spodnie. Wspominała, że wędrówka w śniegu w długiej spódnicy była straszna: cały dół zamarzał i robiła się z tego ciężka skorupa. Dlatego mawiała: „złote spodnie”. Babcia mówiła po niemiecku; czeski rozumiała, ale nie umiała mówić.

     Było tu kilka rodzin Dixów, którzy nie byli ze sobą spokrewnieni. Dziadkowie mieli pięcioro dzieci; dwoje z nich niestety zmarło. Najstarsza była moja mama Maria (rocznik 1910), która skończyła niemiecką szkołę i wyszkoliła się na Kolínskiej boudzie na kucharkę, a żeby nauczyć się porządnie czeskiego, posyłali ją do Červenego Kostelca na wakacyjną wymianę. Kolejnych dwoje dzieci to wuj Paweł i ciocia Anna. Wuj miał być księdzem katolickim, więc studiował w broumovskim klasztorze. Znał sześć języków, ale w zwykłym życiu był raczej nieudolny (śmiech). Mimo to zakochał się po uszy, przed święceniami rzucił studia i ożenił się z dziewczyną, Hildą z Černego Dolu. Mieli dwie córki. Wuj jeździł do Trutnova do urzędu powiatowego, gdzie pracował w kancelarii. Gdy zaczęła się wojna, został zwerbowany do wojska i w 1944 r. babcia dostała wiadomość, że Paweł zaginął. Więź Pawła i Omy była bardzo silna i babcia zareagowała słowami: „Paweł nie umarł, wiem to“. Dopiero w 1955 r. przyszła od niego wiadomość (w międzyczasie w 1946 r. ciocia Hilda z dziećmi została wysiedlona do strefy radzieckiej) z zachodnich Niemiec. Pisał, że do tej pory był w niewoli na Krymie, a gdy swoje odpracował, pozwolili mu wrócić do żony, do Niemiec. Jeszcze wtedy nie było muru (postawiono go w sierpniu 1961, przyp. aut.), więc przenieśli się z rodziną na Zachód i zamieszkali w Kolonii nad Renem. Wuj przyjeżdżał tu potem z Zachodnich Niemiec i opowiadał ciekawe rzeczy, na przykład o tym, że gdy Niemcy przenosili się ze Wschodu na Zachód, uważani byli za ausländerów (cudzoziemców). Mimo to, że pracował na dobrym stanowisku w finansach, a ciocia w organizacji charytatywnej, czuli się cudzoziemcami. Dopiero ich córki czuły się normalnie (w czasie przeprowadzki miały 16 i 18 lat), chodziły tam już do szkoły, nie miały większych zmartwień, były młode i łatwiej przystosowały się.



Rodzina Dixów przed rodzinną chałupą w Pecu pod Sněžką, około r. 1920.
Od lewej: Erika Krausová (siostrzenica mamy Evy Novotnej), Vincenc Dix (dziadek), Maria Dixová (mama), Anna Dixová (ciocia), Marie Dixová (babcia - Oma), Paul Dix (stryjek)
Fot. z rodzinnego archiwum


   ■ Jeszcze kilka słów o pozostałych krewnych…

   - Ciocia Ania, ostatnia córka Omy, wyuczyła się na modystkę w Budapeszcie, stamtąd trafiła do Pragi i pracowała w słynnej firmie kapelusznickiej Oulíka. V Maršovie poznała wuja Józefa – pana Kröna, który jeździł taksówką i rozwoził węgiel.

   ■ On też był Niemcem…

   - Tak, tylko nasza mama się „wyłamała”, ale stosunki były zupełnie normalne, jak w rodzeństwie, bez żadnych  konfliktów... też światopoglądowo, to była rodzina. Tak sobie wybrałeś czy wybrałaś i już... Wuj musiał iść do wojska, a gdy zaczęła się wojna, został zwerbowany do Wehrmachtu i przepadł bez wieści. Mieli dwóch synów – Horsta i Güntera. Ciocia z synami została tutaj, nasza Oma w Maršovie zbudowała im rodzinny domek. W 1946 r. wywieziono ich do obozu przejściowego w Bukách i wysiedlono do strefy amerykańskiej, czyli do Bawarii. Gdy ciocia Anna zaczęła tu potem przyjeżdżać, opowiadała, że nigdy w życiu od nikogo nie wycierpiała tyle ile od tej wieśniaczki, Niemki, u której mieszkali, że tak strasznie głodowali, że wyjadali jedzenie świniom z koryta... Dostali pomieszczenie nad chlewem, gdzie spali, a w zimie na ścianach wisiały tam sople. Ciocia dostała tak silnego reumatyzmu, że potem już nie mogła porządnie chodzić …. Wuj Krön (mąż cioci Anny, Józef) wrócił w 1957 roku z radzieckiego łagru (nie wiem dokładnie gdzie był) do Czech i zanim wyrobili mu dokumenty, jakieś trzy miesiące był u nas w domu. Potem pojechał do zachodnich Niemiec do cioci Anny, która z chłopcami wciąż mieszkała w tych strasznych warunkach. Dostali mieszkanie w Bambergu, potem zbudowali sobie domek i tam zamieszkali. Obaj chłopcy (moi cioteczni bracia) byli policjantami, dziś już nie żyją… Ciocia Anna przyjeżdżała tu, wuj Józek nie. Gdy pytałam czy przyjadą Horst i Günter, mówiła, że nigdy, bo nie mogli zapomnieć tego, że zostali wysiedleni, bez taty i do warunków, w jakich na początku przyszło im żyć w Niemczech. Nie mogli zrozumieć, że były to skutki wojny i byli rozgoryczeni.

   ■ W ogóle wobec Czechów?

   - Tak, mówili, że nigdy tu nie wrócą, że nie chcą tego oglądać… Tak się złożyło, że byłam w tym roku wiosną (2010) na Węgrzech w uzdrowisku, a gdy wróciłam, syn Honza (który mieszka w naszej starej chałupie, w której się urodziliśmy) opowiada: „Siedzieliśmy sobie ze znajomymi na dworze, a w pobliżu kręcił się taki starszy pan, a ponieważ wciąż się kręcił, zapytałem go czy chce kupić ten dom, czy co, czy czegoś sobie życzy“. A on odrzekł, że nie, ale że tu jeździł jako dziecko do Dixów i zaczął wyciągać zdjęcia, na których Honza poznał swoją prababcię i pradziadka Dixów i fotografie mojej siostry z synem i zdjęcia cioci Anny, którą jeszcze jako dziecko spotkał. I okazało się, że to mój brat cioteczny Horst, który był tu z jakąś wycieczką i mieszkał w hotelu Horizont. Przyszedł więc popatrzeć na starą chatę, pytał o Ewę (o mnie) i o moją starszą siostrę Madlę. Honza wytłumaczył moją nieobecność i skierował Horsta do Madli. Przyszedł więc do siostry, porozmawiali, przyszedł jeszcze na drugi dzień, w Czechach bardzo mu się podobało, zmienił swoje poglądy.

   ■ Teraz parę zdań o Pani rodzicach…

   - Tatuś pochodził z czeskiej rodziny, z Hornego Starego Města, jego tata był muzykiem wojskowym, a mama zmarła całkiem młodo, miał dwie przyrodnie siostry. Tatko dosłownie utknął w Pecu, dlatego że kochał góry i był świetnym sportowcem. Powiedział, że tu zostanie do końca życia i tak też zrobił. Poznali się z mamusią, mama była bardzo ładną i zgrabną kobietą, z taty też był niezły  kawaler. Pobrali się na początku lat trzydziestych i mama przyjęła czeską narodowość. Zamieszkali w domu razem z babcią. Wujowie w tym czasie byli już na swoim. Mamusia dbała o dom, było tam gospodarstwo i te cztery pokoiki i zaczęli do nich przyjeżdżać stali czescy goście, wszystko grało, urodziła się siostra Madla (1933), cztery lata później ja. W 1938 zaczęła się mobilizacja , a tatko pracował w grupie SOS (Straż obrony kraju), miał pod opieką odcinek Růžohorky–Śnieżka–Luční bouda, więc poszedł bronić granicy. W tym czasie zaczęło się źle dziać, pokazał się tu człowiek (nie wiem jak się nazywał), który namieszał w głowach młodzieży, tak czeskiej jak niemieckiej. Werbował 14–15-letnich chłopców, próbował czegoś podobnego jak Henlein w ziemi libereckiej i karlovarskiej. W czasie mobilizacji ta grupa zaczęła występować przeciw Czechom.

   ■ W Pecu przecież Czechów było jak na lekarstwo...

   - Kilka mieszanych małżeństw – nasze, Holínowie, Brandýsowie, przed wojną była tu garstka Czechów. Wiem, że na poczcie była czeska naczelniczka i jeden niemiecki i jeden czeski listonosz (Josef Vyskočil – ojciec Evy Novotnej). Pan Holín był taksówkarzem i rozwoził węgiel – on był Czechem, a ona Niemką. Brandýs był czeskim strażnikiem skarbowym, a ona była Niemką i nie pracowała. Naczelnik urzędu skarbowego był też Czechem, ale miał tam Niemca i tego Brandýsa,  a czy było ich więcej, tego nie wiem.

   ■ Zatem po Monachium zaczęło robić się gorąco…

   - Syn naczelnika urzędu skarbowego był Czechem, chodził tu do szkoły i spotykał się z innymi chłopakami. W pewnym momencie zaczął wracać do domu jakiś dziwny. Tata zapytał: „Powiedz, proszę co się dzieje?“ a on na to: „Wiesz, oni tu mają taki plan, że jeśli pani Vyskočilová w ciągu 24 godzin nie opuści chaty Dixów, wysadzą ją w powietrze”. Ojciec wystraszył się i natychmiast podjechał do nas na górę. Mamusia wsadziła mnie do wózka, Madlę obok, poszła na promenadę naprzeciw poczty i usiadła tam na ławce. W domu została Oma z dziadkiem. Potem mama poszła do pana Holína i spytała czy by jej nie gdzieś nie odwiózł. Gdy przyjeżdżali do nas czescy goście, jeden z nich, niejaki pan Cerha, złotnik z Nymburka, już w czasie mobilizacji mówił mamie: „Maruško, gdyby do czego doszło, natychmiast przyjedź do nas.” I tak pan Holín odwiózł mamusię, siostrę i mnie do Nymburka. Potem przyszła demobilizacja, wojsko wycofało się z granic, tata z pozostałymi w Pilníkovie na rynku złożył broń i dojechał do nas do Nymburka. Wtedy właśnie świeżo utworzono Protektorat Czech i Moraw i został skierowany na pocztę do Ostroměřa, miasteczka między Jičínem a Hořicami. Tam zostaliśmy przesiedleni, ale nie mieliśmy mieszkania (takich rodzin było więcej), więc razem z trzema innymi rodzinami umieszczono nas w hali fabrycznej – każda rodzina w jednym rogu. Gdzieś jeszcze mam zdjęcia, jak tam strzelali do szczurów … straszne warunki. Nawet nie mieliśmy mebli, niczego. Jak się uciekło, tak się uciekło.



Rodzina Vyskočilowych w czasach Protektoratu w Otromierzu, zdjęcie z atelier w Hořicach, 1940-41
 Od lewej: mama Maria, siostra Madla, Eva, tata Josef. Fot. z rodzinnego archiwum


   ■ U Cerhów w Nymburku byliście tylko przez chwilę…

   - U Cerhów mama z nami była jakieś cztery miesiące. W Ostroměřu tata próbował znaleźć jakieś mieszkanie. Miał kolegę, pana Hladkiego z Chlumca. Był on maszynistą i znał pewną dróżniczkę, która w Ostroměřu miała mały domek. Poprosił, żeby nam odstąpiła jeden pokój. Rzeczywiście dostaliśmy pomieszczenie, w którym mieścił się stół, piecyk, wózek dziecięcy i łóżeczko. Gdy mama z tatą chcieli się położyć, kładli siennik i spali z nogami pod stołem. Siostra nie może tego zapomnieć.... Jak długo tam byliśmy nie wiem, byłam wtedy jeszcze malutka, a później o to nie pytałam…

   ■ Z tego pokoiku później przenieśliście się gdzie indziej…

   - Z czasem miejscowi lepiej poznali tatę (ponieważ znał niemiecki, często pomagał im wypełniać różne papiery i formularze) i poradzili mu, żeby spróbował u niejakich Líkařów. Pan Líkař był w Ostroměřu dawnym naczelnikiem Sokoła, miał sklep z tkaninami i był krawcem – bardzo ważną osobą, właścicielem willi ze sklepem. Tata poszedł do niego, a pan Líkař rzekł: „Jeśli wystarczą wam dwa pokoje, możecie u nas zamieszkać”. Tak więc całą wojnę mieszkaliśmy u Líkařów na piętrze. Na półpiętrze mieszkali Šindelářowie – mieszane małżeństwo z ziemi libereckiej, ale ci później wrócili do domu.

     W latach 1944–45 tata został skierowany do Berlina na główną pocztę. Tam też przeżył wszystkie naloty, zdobywanie Berlina, całą tę tu grozę zrujnowanego miasta… Bogu dzięki przeżył i w kwietniu potajemnie wyjechał (można było tylko na przepustkę, ale wtedy już panowało zamieszanie i każdy chciał przeżyć) i wrócił do Ostroměřa. Nasz tata cały czas powtarzał: „Gdzież tam, ja wracam do Peca, ja chcę z powrotem w góry”. Mamusia nie chciała jednak wracać do Peca, wolała zostać w Ostroměřu.

   ■ Chociaż tam były jej korzenie…

   - Tak, stamtąd pochodziła cała jej rodzina, i my z siostrą urodziłyśmy się w starej chacie… Mamusia nie chciała wracać, bo wiedziała, jaka praca ją tam czeka. Gdy chciała zajrzeć do Peca w czasie wojny, pojechała do Jičína do urzędu, a niemiecki pracownik mówi: „Oczywiście, pani Vyskočilová, może Pani, kiedy tylko zechce, z dziećmi, tylko o, tu mi proszę podpisać.” Przeczytała, a tam było napisane, że chce z powrotem przyjąć niemiecką narodowość. Odpowiedziała, że wyszła za mąż za Czecha i to ze względu na niego jest teraz w Protektoracie, dziękuję, do widzenia. … A on jej zaczął grozić, że już w życiu nie zobaczy rodziców. … Ale nasza Oma mogła jeździć do nas i mnie i siostrę latem zabierała do Peca na wakacje. Tak więc jako małe dzieci byłyśmy tu na górze u Omy cztery razy. W czterdziestym czwartym mama dostała pocztę od Omy, i przeczytała, że są u synowej Hildy, bo spłonął im dom, zdążyli tylko krowy wyprowadzić, nic innego, zgroza… Przez ostatni rok, gdy Niemcy przegrywali i było mnóstwo rannych, rejon Karkonoszy otwarto jako uzdrowisko klimatyczne, więc te domy, w których przedtem wynajmowano pokoje, miały obowiązek kwaterować niemieckich żołnierzy.  Ponieważ dziadkowie mieli gospodarstwo rolne, w domu była obora. Na dole się mieszkało, na górze były cztery pokoiki, a reszta strychu i poddasze były zapełnione sianem. W pokoikach były małe piecyki, w których paliło się szczapami drewna i chłopcy w zimie 1944/45 widocznie trochę za dużo podłożyli, mocniej zawiało, między kominem a futrynami wszystko było drewniane… zostały mury obwodowe, fasada i komin. W tej sytuacji mama pod koniec wojny postanowiła, że weźmiemy rodziców do Ostroměřa, albo zostaniemy na Černej hoře u cioci Hildy, ale tata zdecydował: „Gdzież tam, ja chcę w góry, wrócę tam i odbuduję ten dom”. Napisał więc do teściów, żeby spróbowali przykryć dach, aby się tam nie lało, więc Oma z dziadkiem przykryli go deskami i tekturą. A tata w Ostroměřu zaczął zbierać materiał na budowę domu.



Dixowie i Vyskočilowie przed rodzinną chałupą w Pecu pod Sněžką, z czeskimi gośćmi,
8 sierpnia 1934 r. W tle pnie się "wysokogórski chmiel".
Fot. z rodzinnego archieum


   ■ Zatem po wojnie z powrotem „z kraju“ w góry…

   - Kiedy tu w czterdziestym piątym wróciliśmy, już odjeżdżały pierwsze fale szabrowników. Tata miał na trzech ciężarówkach (na gaz drzewny) bloki piaskowca, metalowe grzejniki do centralnego ogrzewania, umywalki do pokojów, nasze meble do sypialni i kuchni i inne przedmioty. Jeszcze wcześniej, pod koniec maja 1945, tata był tu sam i wtedy jeszcze spotkał Rosjan. Jeszcze wtedy byli tu Niemcy w swoich chatach, przychodzili do taty i mówią: „Pepiku, weź sobie nasz dom, co będziesz szedł do tego spalonego...” Myśleli, że jak tam się ich zostawi jako pracowników, nie będą wysiedleni, taka fałszywa nadzieja... A tata na to, że niczego takiego nie chce i pójdzie na swoje. Zaczął pracować na poczcie i budować… Gdy przyjechaliśmy pod koniec sierpnia, na dole były tylko dwa pomieszczenia przedzielone cegłami, schody na górę były wypalone… Oma z dziadkiem i krowami byli na Černéj hoře u Hildy, ja zaczęłam chodzić do peckiej szkoły i wtedy zaczęła się bitwa o to, żeby Oma z dziadkiem nie byli wysiedleni. Wśród przedwojennych gości był też pan Kolář, który był wielkim szychą na Pankrácu (jest też na zdjęciu z egzekucji K. H. Franka), więc tata zwrócił się do niego i pisał aż do kancelarii prezydenta oświadczenie, że nie chce od państwa żadnej pomocy i będzie się troszczył o rodziców małżonki. Podpisali się pod tym wszyscy czescy goście, a ponieważ byli to dość dobrzy ludzie i wiedzieli, że chodzi o staruszków, dla Omy i dziadka zrobiono wyjątek i tu dożyli końca swoich dni. Jednak ciocia Anna, Hilda i pozostali byli wywiezieni do obozu przejściowego w Bukach.

   ■ Zatem ma Pani żywe wspomnienia z wysiedlenia...

   - Tam gdzie jest pensjonat „U Potoka” (teraz tam jest pizzeria), mieszkali Berauerowie – on zginął na wojnie, żona została w domu. „U Potoka” miała pensjonat, a konie i krowy trzymała w budynku gospodarczym obok. Gdy z siostrą przyjeżdżałyśmy tu w czasie wojny, bawiłyśmy się z czwórką jej dzieci. Oni też byli wysiedleni, z pensjonatu wygnał ich państwowy zarządca, więc zamieszkali na dole w chałupce. Pamiętam też, że z mamą i siostrą jeździłyśmy do cioci Hildy i Anny do Buków, do tego obozu, tam stałyśmy po drugiej stronie płotu. Mamusia tam zawsze nosiła jakieś jedzenie, kołdry itp…

   ■ Jak długo byli w tym obozie?

   - Około  2-3 tygodni.

   ■ Co myślałyście, gdy wysiedlali Waszych krewnych i na przykład chłopców Berauerów, z którymi bawiłyście się?

   - Wiedziałyśmy czym jest wojna i że przyszedł koniec, ale miałyśmy mętlik w głowie… Ci chłopcy od Berauerów byli mniej więcej w wieku siostry albo trochę starsi i byli bardzo zręczni. Ze sklejki wycinali powozy - sanie, ale fantastyczne! Z detalami – z kozłem, na którym była wyszywana poduszeczka, ze składaną budą, z jednym brązowym koniem (chyba ze skóry cielęcej) i drugim, białym - z króliczej. Miały uprzęże, stajnię, wszystko to było na baterię. Gdy ich wysiedlano, przyszli i przynieśli nam te konie, stajnię i dwa powozy. Bawiły się tym jeszcze moje dzieci… Berauerowie byli wysiedleni do strefy radzieckiej, ten najstarszy był potem we wschodnioniemieckiej policji. Przyjechali tu w latach 60–70, gdy zaczęli pojawiać się NRD-owcy… (NRD = wschodnie Niemcy) i gdy zobaczyli konie i powozy, śmiali się i mówili: „Boże, to niemożliwe…” i cieszyli się, że to się zachowało. To było dla nas wielkie przeżycie. 

     Gdy wysiedlono ludzi z chałup, w każdej został kot, czasem i dwa. Nasza Oma miała czterokolorową kotkę, a ja z Ostroměřa przywiozłam sobie czarnego kocurka. Widziałyśmy jak u miski z mlekiem bywało jednocześnie pięć kotów, każdy się najadł i odszedł, wracały do swoich pustych chat. A kotka od Berauerów, przychodziła regularnie i mówiliśmy, że będziemy musieli ją zatrzymać. Pewnego dnia patrzymy, a drogą  przez nasz mostek idzie ta kotka, w pysku trzyma jedno kocię, a trzy tarzają się za nią. W tym roku mieliśmy dwanaście kotów. Przyroda jednak sobie z tym poradziła, większość kotów złapała jakąś zarazę czy coś, powychodziły im ropnie, tak że została nam tylko Omina kotka, mój kocurek i ta Berauerowa kotka i kocięta potem też zdechły, tak jak wszystkie koty z okolicznych chałup. A koty nie zdychają w domu, gdzieś odejdą, schowają się i ich nie ma...

   ■ Zatem w 1946 roku tata odbudował dom…

   - Powiększył kuchnię, zrobił piaskowcowe schody (są tam do tej pory), na górze w pokoikach założył centralne ogrzewanie, zbudował sobie garaż. Obora w chałupie była pośrodku, żeby krowy miały ciepło i żeby w chałupie też było ciepło. Ale tata powiedział: „Będziemy wynajmować pokoje gościom, więc te krowy nie mogą być w samym środku” i przesunął oborę w kąt budynku. Krowy tam żyły jak pączki w maśle, były strasznie rozpieszczone. Jeszcze na dole była łazienka i warsztat szewski dziadka, następnie sypialnia, kuchnia, wreszcie Oma z dziadkiem mieli tam dwa pokoje.

   ■ Więc od czterdziestego szóstego znów zaczęli przyjeżdżać goście?

   - Od czterdziestego siódmego. Tata i mama byli bardzo pracowici, wtedy jeszcze mieli cztery krowy i świnię. Gdy się ją zabiło, trzeba było jeszcze odstawić kontyngent.

   ■ Jeszcze ciągle jesteśmy „przed komunistami"...

   - Do czterdziestego ósmego stosunki między Czechami były w porządku. Gdy odjechały „brygady rabusiów” i przyjechali nowi ludzie, już w większości po usunięciu Niemców, ci już zostali i są tu do dziś. Była to świetna grupa młodych ludzi, trzydziestopięciolatków, trzymali się razem. A po czterdziestym ósmym zupełnie się to rozpadło, każdy schował się u siebie, przyjaźń utrzymała się tylko między dwiema rodzinami. „Każdy sobie rzepkę skrobał”, każdy już się bał, bo było tu parę osób, którzy się bardzo angażowali – w rewolucję, wyłapywanie banderowców, itp...

   ■ Zatem przyjaźnie skończyły się z nadejściem komunizmu?

   - Tak, ludzie zaczęli bać się jeden drugiego, każdy starał się jakoś przeżyć. Inaczej nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Tak więc gdy dom został przebudowany, tata dostał nad nim państwowy zarząd – i zapłacił za to (gorzki śmiech). Chociaż były dokumenty na to, że był to majątek maminych rodziców. Potem do górskich chat zaczęli jeździć erohacy (ROH - Revoluční odborové hnutí - masowa organizacja społeczna w ČS(S)R), ale to już inna historia.

Katarzyna Potocka-Brygier na podstawie:
[Libir Dušek - Krkonoše Jizerské hory]
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2012-01-21, godz. 11:17, Odwiedzin: 6535
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0669429302