Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Wysoko w górach, bez męża, z 11 dzieci i setką owiec

     Nie wszędzie telewizja, Internet i nowinki techniczne są ważne dla ludzi. W województwie královehradeckim istnieje jeszcze surowy świat górali, którzy tym nowościom przeciwstawiają się i żyją podobnie jak nasi przodkowie. Jest to świat, gdzie króluje czyste powietrze i przyroda, a ludzie chociaż mają tutaj dużo pracy, zachowują się względem siebie zupełnie inaczej niż mieszkańcy miast.

     Z Hradca Králové do górskiego siedliska rodziny Mičków w Dobřanach v Orlických horách jest mniej więcej 45 kilometrów. Jednak, gdy przyjdzie mróz, a do tego wieje śniegiem, droga może zabrać całą wieczność. I nie jest niczym dziwnym, że podczas gdy w niedalekiej Dobrušce drogi są jeszcze wciąż przejezdne, okolice Dobřan są już całkiem zaśnieżone. Często nie widać nic na krok i kierowca musi jechać środkiem, by nie zjechać z drogi.

     Rodzinne gospodarstwo Mičków położone jest na wysokości ok. 600 m npm i jest otoczone pastwiskami. Już na zaśnieżonej polnej drodze prowadzącej do ich farmy, słychać beczenie owiec. Na zboczu ponad drogą stoją poukładane bale siana, a ponad nimi ogrodzenie, za którym pasą się konie. Z nozdrzy bucha im para. Podczas gdy okolica pokryta jest śniegiem, kawałek dalej na podwórzu Mičków, śnieg ustąpił pod setkami kopyt owiec i innych zwierząt gospodarskich. Przed domem, w niewielkiej zagrodzie na łagodnym stoku poniżej drogi pasie się ponad setka owiec. Przy silnym mrozie mogą schronić się do szopy wypełnionej sianem.




     Przytulny dom z końca XIX wieku mieści skromnie urządzoną dużą izbę, która służy jednocześnie jako kuchnia, jadalnia i salon. Połowę izby zajmuje solidny drewniany stół, na którym stoi misa z domowymi kołaczami z makiem. Pomieszczenie ogrzewa kaflowy piec, typowy dla orlickich chat, na ścianach wiszą figurki i obrazki świętych. W oknie nad kuchennym blatem stoi figurka Maryi, na murze nad stołem wiszą repliki prawosławnych ikon.

     Zaskoczeniem może być fakt, że gospodyni, absolwentka wydziału pedagogiki w Hradcu Králové, wychowała się w mieście, które porzuciła, aby wybrać życie w trudnych warunkach górskiego odludzia.

     W domu, oprócz niej, wita przybysza pięcioro dzieci i już na pierwszy rzut oka widać, że są szczęśliwe i dobrze wychowane. To tylko część rodziny. Z mężem, który niedawno przepadł bez wieści, pani Teresa ma jedenaścioro dzieci w wieku od 20 do 2,5 roku.

     Męża, Amerykanina czeskiego pochodzenia, poznała podczas studiów w USA w latach dziewięćdziesiątych. W ciągu dziesięcioletniego pobytu w Ameryce doczekali się pierwszej szóstki dzieci. W 1999 roku przeprowadzili się do wschodnich Czech, gdzie kupili ruderę domu koło Dobřan, stado owiec i... zostali rolnikami.

     Skorzystali z pomocy funduszu interwencyjnego ministerstwa rolnictwa, wspierającego drobnych rolników, którzy hodując owce w górach, przyczyniają się do zachowania walorów przyrodniczych regionu. Wypas owiec na górskich łąkach zapobiega bowiem ich zarastaniu i pomaga w podtrzymaniu bioróżnorodności.

     Życie nie szczędziło rodzinie Mičków trudnych doświadczeń. Dziesięć lat temu ich świeżo wyremontowany dom prawie całkiem spłonął, gdy jedno z dzieci zaprószyło ogień, bawiąc się zapałkami. Pani Teresa z dziećmi znalazła schronienie na plebanii w Deštnem v Orlických horách, podczas gdy mąż, pomieszkując w barakowozie koło zniszczonego domu, zajął się jego remontem. Dzięki pomocy organizacji charytatywnych i przyjaciół udało im się go odbudować.

     Kolejny cios spotkał panią Teresę rok temu, gdy mąż porzucił rodzinę. Przetrwała dzięki pomocy starszych dzieci i przyjaciół. Zdołała utrzymać gospodarstwo liczące, oprócz setki owiec gęsi, konie, kury, świnię i sporo ziemi. Pomimo trudów, nawet przez myśl jej nie przeszło porzucenie dotychczasowego życia i powrót do miasta.

     Pani Mičková, która sama dorastała w mieście, docenia zalety wychowania w górach. Zauważa, że jej dzieci, w odróżnieniu od miejskich, nie mają problemów z ruchem. Przebiegnięcie trzech kilometrów w górskim terenie nie sprawia im żadnych trudności. Ponadto są samodzielne i mają naturalny kontakt z przyrodą. Wspomina wizytę ornitologów, których zaskoczyło, ile młodzi Mičkovie znają gatunków ptaków i jak łatwo potrafią je rozpoznawać.

     Życie rodziny obraca się głównie wokół chowu owiec. Latem zwierzęta przepędzane są na letnie pastwiska w okolicy górskiej osady Polom, pod głównym grzbietem Gór Orlickich, około 5 kilometrów w linii prostej od rodzinnego gospodarstwa. W upalne dni, tamtejsze wysoko położone łąki zapewniają owcom lepszą trawę. Niestety, w ostatnich latach pastwisk w Górach Orlickich ubywa, bowiem większość z nich jest zagospodarowywanych przez wielkie spółdzielnie rolnicze. Mičkovie mają około 20 ha pastwisk na własność i dzierżawią kolejnych 30.

     Podczas wakacji któreś ze starszych dzieci stale dogląda stada, nocując w barakowozie na pastwisku. Można wówczas spotkać któregoś z Mičków jadących konno z domu na pastwisko lub z powrotem. Owce na Polomie pasą się swobodnie, nie ma tam żadnych ogrodzeń, trzeba więc ich pilnować, żeby nie pobłądziły. „Na szczęście nie ma tu wilków ani niedźwiedzi, więc większe niebezpieczeństwo im nie grozi”, uśmiecha się dziewiętnastoletni Mikuláš.

     Rasa owiec, które hodują Mičkovie to tzw. rasa mięsna, doskonale przystosowana do górskich warunków. Owce innych ras w tutejszych warunkach nie przeżyłyby. Mięso jagnięce i baraninę czasami sprzedają, ale w większości wykorzystują na własne potrzeby. Owce są strzyżone dwa razy w roku, na wiosnę i jesienią. Wełna niestety najczęściej jest wyrzucana, bo nie ma na nią zapotrzebowania.

     Mogłoby się wydawać, że od jesieni do wiosny, gdy stado znajduje się na farmie, Mičkovie mają spokój i mogą odpoczywać. „Nic bardziej mylnego, zawsze jest co robić. Ktoś musi narąbać drewna do pieców, odgarnąć śnieg, nakarmić zwierzęta” – mówi Mikuláš. Wie, jak hodować owce. „To są lata praktyki. Mam do czynienia z owcami od małego, wiem czego potrzebują i kiedy powinny być bite. Mówiąc krótko, hodowla owiec jest dla mnie częścią życia. Co na to znajomi z miasta? Nie rozumieją tego, to mieszczuchy” – uśmiecha się.

     Najtrudniejszym zajęciem przy hodowli owiec jest według niego przygotowanie siana na zimę. „Bela siana waży 250 kg, a mamy ich tutaj około 150. Na zimę tyle nam wystarczy. Dokarmiamy owce ziarnem i wysłodzinami jęczmiennymi. Zimą karmimy je dwa razy dziennie, inne zwierzęta również” – opowiada Mikuláš, który planuje wyjechać za granicę. „Ale wrócę tutaj, lubię to miejsce” – dodaje.

     Teresa Mičková wierzy, że rodzinna tradycja farmerska nie zaniknie w przyszłości. „Niektóre z dzieci hodowla owiec bawi i interesuje, inne z kolei traktują to jako obowiązek, któremu należy podołać. Myślę, że mają do tego dryg. I wierzę, że któreś z nich przejmie gospodarstwo. Kiedy człowiek zasmakuje w hodowli owiec, trudno to z niego wyrzucić” – mówi Mičkova.

     Mičkovie nie są jedynymi ludźmi, którzy w poszukiwaniu przygody osiedlili się w Górach Orlickich i zajęli się chowem owiec. W okolicy Dobřan hodowlą trudni się kilku gospodarzy. Można ich spotkać w Olešnicy v Orlických horách, Sedloňovie, Dobřanach, Šedivinach czy w Deštném. Niektórzy hodują też kozy, owce i konie.

     „W najbliższej okolicy jesteśmy jedną z trzech rodzin hodujących około setki owiec. Jest tu całkiem sporo ludzi, którzy porzucili miasto i przenieśli się w góry. Największa fala była w latach dziewięćdziesiątych. W większości chodzi o trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy zapuścili tu korzenie. Tak jak my. Z tego co wiem, nikt z nich nie zrezygnował i nie wrócił. Mamy wśród nich wielu przyjaciół. Spotykamy się i wymieniamy doświadczeniami w hodowli zwierząt" - mówi Teresa Mičková.

     Wokół ogromnego prostokątnego stołu wygodnie mieści się 25 dorosłych osób. Miejsca zapełniają się kilka razy w roku, na urodziny któregoś z członków licznej rodziny, a zwłaszcza na Boże Narodzenie. U Mičków do przygotowania wigilijnej wieczerzy włącza się  każdy, kto ma dość lat i siły. W rezultacie stół wprost ugina się pod mnóstwem dobrego jadła i napojów.

     „Bardzo lubimy Boże Narodzenie, jest tu wtedy bardzo wesoło. Przy wigilijnej wieczerzy spotyka się cała rodzina i jeszcze parę innych osób. Przygotowujemy naszą specjalność – kurczaka w kukurydzy. Na stole nie może braknąć jagnięcych sznycli, kiełbasy, sałatki ziemniaczanej i zupy rybnej. Każdy znajdzie coś co lubi. Myślę, że w tym roku zejdzie się nas ze dwadzieścia osób” - zgaduje Mičková.

     Jeśli chodzi o noworoczne życzenia, chciałaby, aby wszyscy jej bliscy byli zdrowi. „I żeby ludzie byli mniej zachłanni, nie dawali się tak zawładnąć pieniądzowi i konsumpcji, byli bardziej przyjaźni dla siebie i bardziej wsłuchiwali się w przyrodę“ - dodaje.

Katarzyna Potocka-Brygier, Waldemar Brygier - naszesudety.pl na podstawie:
[Tomáš Kučera - www.sedmicka.cz]
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2012-01-08, godz. 16:15, Odwiedzin: 6896
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0754988194