http://www.ksiegarnia.naszesudety.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Dank! Dank! Dank! – obraz filmowy słowem dopowiedziany

 

W interesie obu naszych narodów i dla odbudowy obu krajów pragnąłbym takiego zrozumienia i wzajemnego oddania, jakim obaj nauczyliśmy się nawzajem obdarzać”.

(Gerhart Hauptmann do Zdzisława Straszaka, 5 XII 1945)

     Robert Stando, rocznik 1939.  Reżyser, dokumentalista, scenarzysta, laureat wielu nagród. Dziś trochę zapomniany. A szkoda, bo i on ma swój udział w tym, że film dokumentalny znalazł swoje należne w historii polskiego kina miejsce. Okiem kamery dotykał skomplikowanych zmagań z historią, zwłaszcza polsko-niemieckich rozliczeń z przeszłością, tematów trudnych, wstydliwych, niechcianych. Interesowali go Westerplatczycy i Albert Forster, powstańcy wielkopolscy i Arthur Greiser, rządca Warthegau, stracony publicznie na poznańskiej Cytadeli, Ziemie Zachodnie z ukochanym Kłodzkiem, gdzie trafił z rodzicami po wojnie. A przede wszystkim niemiecki literat Gerhart Hauptmann, noblista z 1912 roku, kończący swój żywot w polskich już Karkonoszach. Tego samego dnia – 21 lipca 1946 roku -  gdy w Poznaniu zostaje powieszony gauleiter Greiser, przez most graniczny na Nysie Łużyckiej opuszcza Polskę specjalny pociąg. A w ostatnim wagonie jedzie trumna ze zwłokami noblisty.

Scena 1:  Monolog reżysera

     Robert Stando: Rzeczywiście, daty się zgadzają! Był rok 1986, może początek 1987. Pracowałem wtedy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych „Czołówka”, która miała ścisłe kontakty z Armeefilmstudio w Berlinie. Ta enerdowska wytwórnia zaproponowała nam koprodukcję filmu „Hauptmann-Transport”, rzeczy o ostatniej drodze Gerharta Hauptmanna spod Karkonoszy na bałtycką wyspę Hiddensee. Moim zadaniem było znalezienie kontaktu z Polakami, którzy w jakiś sposób – już po zakończeniu wojny – zetknęli się z tym niemieckim pisarzem. Udało mi się uzyskać zgodę profesora Stanisława Lorentza na wystąpienie przed kamerą. Niezbyt już zdrowy, 88-letni profesor zaproponował nagranie w Sali Matejkowskiej Zamku Królewskiego w Warszawie. Wystawione są tam dwa obrazy Jana Matejki „Rejtan” i „Batory pod Pskowem”, które zostały przez Lorentza sprowadzone z wioski Hain w Karkonoszach. Później miejscowość przemianowano na Matejkowice, obecnie jest to Przesieka. W lipcu 1945 roku będąc w jeleniogórskiem, profesor dowiedział się, że w swej willi Wiesenstein mieszka Gerhart Hauptmann. Nazajutrz, po otrzymaniu tej wiadomości, przerwał pracę przy odnajdywaniu zrabowanych przez hitlerowców polskich dzieł sztuki i odwiedził  niemieckiego pisarza. Wieś nieopodal, w której mieszkał, Agnetendorf, przekształcono już na polski Agnieszków. Obecnie to Jagniątków, dzielnica Jeleniej Góry. Lorentz przywiózł Hauptmannowi list żelazny od polskiego rządu, że jego dom nie podlega żadnej rekwizycji. Nagrałem go, bo to ważny świadek tej historii. Ale nie pierwszy i nie jedyny.

     Pierwszym był dziennikarz Władysław Grzędzielski z Warszawy, którego w ogóle nie umieszczono w niemieckim filmie. Co takiego zrobił?  Dotarł z Warszawy do willi Hauptmanna późną wiosną 1945 roku, z końcem maja lub na początku czerwca, grubo przed Lorentzem. Jako wysłannik agencji prasowej „Polpress” został posłany tam przez samą Julię Mincową. Nie miał zadania robić z pisarzem żadnego wywiadu. Wyposażony w depeszę Agencji Reutera stwierdzającą, że prasa szwajcarska i szwedzka martwią się o niego, a na Zachodzie krążyły o nim niepokojące wieści, zjawił się, bo potrzebny był szybki materiał informacyjny z Polski na zagranicę, co się z Hauptmanem dzieje. Pisarz zaproponował Grzędzielskiemu rozmowę następnego dnia. Polak nie mogąc nigdzie znaleźć noclegu, przespał noc w redakcyjnym wojskowym Willysie, którym tu dotarł. Rozmowa, przykra dla Grzędzielskiego, bo usłyszał od pisarza, że ten… nie zna Hitlera, nigdy nie została opublikowana, w świat poszła jedynie wiadomość, że Hauptmann żyje i mieszka pod Karkonoszami. Dopiero po wielu latach Grzędzielski zamieścił na łamach „Polityki” wspomnienie o Hauptmannie: „Mówił cichym, melodyjnym głosem, piękną niemczyzną z ubiegłego stulecia, o przyjaznym spotkaniu z oficerami radzieckimi i troskliwej opiece ze strony pierwszych władz polskich, które zabezpieczyły dom przed niepożądanymi gośćmi, a także dostarczają żywność i lekarstwa”.

     To było to! Ktoś jednak Hauptmannowi pomagał! Kto? Poszedłem tym tropem, spotkałem się z nim w Warszawie, gdzie Grzędzielski był wysokim urzędnikiem Polskiej Misji UNESCO. I nagrałem go, w samochodzie, jakim wtedy jechał do Hauptmanna. Cud, że zdobyłem do zdjęć podobnego willysa. Cóż z tego?

     Dograną miałem jeszcze wypowiedź majora Bogdana Gintera, dowódcę polskiej jednostki ochrony pogranicza, który też zetknął się z Hauptmannem, gdy udał się do willi Wiesenstein wraz z Wojciechem Tabaką, pierwszym po wojnie starostą jeleniogórskim. Wielokrotnie ofiarowali swą pomoc pisarzowi a ten nigdy jej nie odrzucał. Grzędzielski, Lorentz, Ginter, Tabaka – świadkowie jakże ważni w sprawie Hauptmanna, znaleźli się w moich materiałach do „Hauptmann-Transport”. Narobiłem się wtedy!

Scena 2: Mein lieber Robert!… i skandal na premierze

     W prywatnym archiwum Roberta Stando zachowały się liczne zdjęcia ze wspólnej pracy z ekipą filmową z NRD. W parku obok domu w Jagniątkowie, na jeleniogórskim dworcu, gdzie adwokat Franciszek Rześniowiecki, w 1946 zastępca starosty, z detalami pokazuje rampę towarową, skąd do radzieckiej strefy okupacyjnej odchodził hauptmannowski Sonderzug. Nawet sprzed kościółka Wang w Karpaczu, bo ekipę niemiecką ekipę interesowały także turystyczne atrakcje regionu. Stando ma też kilka prywatnych listów od Matthiasa Blochwitza, reżysera całości. Wszystkie zaczynają od Mein lieber Robert! I wszystkie z uznaniem wyrażają się o polskim współpracowniku z „Czołówki”. W październiku 1989 roku zaplanowano, że podczas 12. Festiwalu Filmu Dokumentalnego dla Kina i Telewizji w Neubrandenburgu swoją premierę będzie miał „Hauptmann-Transport”. Stando pojechał.

     - Pełna gala, 13. października, Pałac Filmowy. „Nasz” film idzie jako drugi. Trwa 51 minut – Stando zachował zieloną książeczkę z programem festiwalu, z której czyta: „Taśma 35 mm, produkcja Filmstudio der NVA, scenariusz dr Klaus Steiniger, Matthias-Joachim Blochwitz”. -  Dlaczego mnie tam nie ma? - to już wzbudziło podejrzenia.

     Im dłużej trwał pokaz filmu, tym bardziej polskiego reżysera trafiał szlag. Zielona książeczka z Neubrandenburga pełna jest osobistych uwag, spisywanych na gorąco: „Prowokacja”, „Co to za film dokumentalny?”Richtige Wege oder nicht?” – Stando jest dwujęzyczny, urodzony w Berlinie, stąd notatki po polsku i po niemiecku. Z jego filmowej pracy, zwłaszcza z relacji profesora Lorentza, wykorzystano w „Hauptmann-Transport”… ledwie 2 minuty. Choć materiału było nawet na 15-20 minut wartościowego dokumentu.  Można się wkurzyć.

     Największy żal miał Stando o to, że Blochwitz nie uznał nawet za stosowne pokazanie  w filmie fotografii Hauptmanna, jaką Lorentz otrzymał  z odręczną dedykacją pisarza. Dosłownie za to, „że dał mu rzecz najważniejszą tych czasach – przywrócił mu spokój”. To zdanie wypowiedział Hauptmann po otrzymaniu od Lorentza dokumentu stwierdzającego, że willa Wiesenstein jest pod opieką polskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki i nie podlega rekwizycji ani zajęciu pod kwaterunek.

     Stando dotrwał do końca premiery i zaprotestował. Wstał i powiedział do mikrofonu, co o tym sądzi. Dobitnie, o pomijaniu wkładu Polaków w powojenną pomoc Hauptmannowi. W chylącym się ku upadkowi socjalistycznym obozie filmowym zrobił się międzynarodowy skandal.

     Robert Stando: - I nie przysiadłem się do przyszykowanego stołu dla oficjeli, bo nie tam było moje miejsce. Symbolicznie zostało puste. Od Blochwitza otrzymałem wcześniej książkę Pohla „Bin ich noch in meinem Haus”. Pomijała pewne fakty z ostatnich chwil życia Hauptmanna i dni po jego śmierci. To jeszcze mogłem zrozumieć. Pohl nie wiedział wszystkiego, może nie chciał wiedzieć. Ale w czterdzieści lat później, gdy poznałem nowe, polskie szczegóły? Jak tego nie pokazać? Długo jeszcze mamy żyć w zakłamaniu? W Polsce od kilku miesięcy mieliśmy rząd Mazowieckiego, a w NRD? U nich wszystko było po staremu.

     Kilka dni po festiwalu nastąpią zmiany politycznie. Odsuną od władzy Honeckera, trzy tygodnie później runie mur berliński…

     Notka o filmie (z programu festiwalu):  W tym czasie [1946], gdy zadawane są ważne pytania o polityczną i życiową przyszłość po wojnie, Armia Radziecka i młode socjalistyczne Wojsko Polskie wypełnia testament poety, dokumentując humanistyczną treścią istnienie socjalistycznych sił zbrojnych.

     Stando: - Coś Panu powiem. Wtedy nie wiedziałem, komu w NRD zależało na tak tendencyjnej selekcji mojej pracy. Reżyserowi czy wytwórni filmowej? Może tamtej władzy? Ale komuś z pewnością… Do dziś tego nie wiem. Ale nie dociekam. Na szczęście, już nie muszę.

Scena 3: Listy znane i nieznane

     Ze zgromadzonym polskim materiałem filmowym o Hauptmannie należało coś zrobić. I Stando zrobił… trzy własne dokumentalne filmy o niemieckim nobliście. Zajęło mu to ładnych kilka lat, po drodze pogłębiał swą wiedzę i docierał do nowych zdarzeń, faktów i ludzi. Kolejno powstały: „Tkacze i zielony słoń” (w 1989), „Hauptmann 1945-1946” (1996), „Siedem i pół tygodnia” (1999).

     „Tkacze i zielony słoń” to film o amatorskim teatrze z Bielawy. Jako pierwszy w Polsce po wojnie ów Teatr Robotniczy wystawia nagrodzonych Noblem „Tkaczy”. Śmiałe przedsięwzięcie, duży ruch sceniczny, zbiorowe sceny z udziałem ponad setki aktorów-robotników. I to w miejscu, gdzie toczy się akcja śląskiego buntu tkaczy z połowy XIX wieku. Jest rok 1954, reżyseruje Teodor Mierzeja. Niejako „po drodze” Stando odkrywa, że szansę na wystawienie „Tkaczy” po wojnie zaprzepaszcza Warszawa. Zdzisława Straszaka koniec wojny zastaje w Jeleniej Górze. Niedawny Hirschberg, gdzie był więźniem jednego z obozów, potrzebuje polskich rąk do pracy. Zdzisław jest młody i dobrze zna niemiecki. Szybko zostaje sekretarzem jeleniogórskiego starosty Wojciecha Tabaki[1]. Ten poleca mu bezpośrednią opiekę nad pisarzem.  W kilka tygodni po wizycie Lorentza w jeleniogórskiem, Zdzisław Straszak pisze do niego list do Warszawy. Składa interesującą i jakże odważną propozycję:

     [18 sierpnia 1945] Dzisiaj byliśmy razem ze starostą u Hauptmanna. Ogromnie się staruszek ucieszył z naszej wizyty i prosił, by go jak najczęściej odwiedzać. Stan jego zdrowia niestety nie poprawił się w międzyczasie tak,  że nawet czuł się dosyć osłabiony, ponieważ w ostatnich dniach trochę chorował. Bardzo mile wspomina Pańską wizytę i dopytuje się, kiedy Pan ponownie go odwiedzi. Otrzymuje teraz od nas wszelką pomoc żywnościową, na jaką tylko nas stać. Bardzo źle się czuje, stale siedząc w swoich czterech ścianach, nie mogąc nawet należycie zaczerpnąć powietrza, w związku  z czym wymogłem na nim słowo, że w przyszłym tygodniu, jak się będzie lepiej czuł, przyjadę po niego autem i wywiozę w góry na spacer. Bardzo się ucieszył z mojej propozycji i mam nadzieję, że uda mi się go odwlec od jego monotonnego życia (…) W trakcie rozmowy znowu wyraził chęć odejścia z tego świata. Gdy go jednak zapewniłem, że jeszcze doczeka chwili i ujrzy na scenie warszawskiej jedno ze swych dzieł nieśmiertelnych, aż mu się oczy zaświeciły.

     Szanowny Panie Profesorze – teraz w związku z tym jedna moja prośba. Czy nie dałoby się wystawić w którymś z teatrów chociażby jego „Tkaczy”?  Jestem głęboko przekonany, że uda mi się namówić Hauptmanna na podróż na ich premierę do Warszawy. Byłby to może już ostatni hołd, temu wielkiemu pisarzowi oddany u zmierzchu jego życia. Proszę sobie wyobrazić, jakie uczyniłoby to poruszenie za granicą.  Jak mi dziś powiedział jego pielęgniarz, odwiedził ich przed trzema dniami jakiś gość z Berlina, gdzie kompletnie nic nie wiedzą o miejscu jego pobytu i czy w ogóle żyje. W berlińskich gazetach zostało oficjalnie ogłoszone, że w programie teatrów na następny sezon będą umieszczone wszystkie sztuki zabronione przez hitlerowców, przede wszystkim kilka rzeczy Hauptmanna z „Tkaczami” na czele. Czy nie dałoby się wobec tego urządzić najpóźniej do jesieni tego, o co proszę.

     Odważny pomysł Straszaka z wystawieniem „Tkaczy” w zrujnowanej wojną Warszawie pokazuje, jak przyszłościowo i dalekowzrocznie myślał. Ostatecznie do tego nie doszło, bo nie zgodzono się na wystawienie żadnej ze sztuk Hauptmanna w stolicy Polski. Nie wszyscy Polacy podeszli do tego entuzjastycznie. Wyjaśniał sam Lorentz:

     Odbyłem na ten temat rozmowę z dyrektorem departamentu teatralnego w naszym Ministerstwie, Arnoldem Szyfmanem, który wówczas zajmował się odbudową Teatru Polskiego przy ulicy Karasia (tego samego budynku, który kiedyś powstał z jego inspiracji). Był koniec lata 1945 roku i sugestię, by wystawić w odbudowanym warszawskim teatrze sztukę niemieckiego pisarza, nawet tak bezspornie wybitną jak „Tkacze”, Szyfman uznał za przedwczesną. Miał rację mówiąc, że opinia warszawska, i w ogóle polska, nie przyjęłaby wówczas dobrze takiego projektu. Musiało upłynąć jednak trochę lat, żeby sztuki Hauptmanna mogły się znowu pojawić na polskiej scenie.

     Zdzisławowi i Tamarze Straszakom poświęcił Stando swój drugi film o pisarzu „Hauptmann 1945-1946”. Te lata w tytule filmu to czas, gdy obszar, na którym pisarz mieszka, znajduje się już w Polsce. O znajomości i korespondencji z Hauptmannem opowiada przed kamerą żona Tamara, bo Zdzisław od kilku lat nie żyje. W posiadaniu Tamary Straszak znalazły się nie tylko listy męża do profesora Lorentza,  ale niezwykle frapująca korespondencja między Jagniątkowem a Warszawą, między domem Hauptmanna a Straszakami. Z willi Wiesenstein nadchodzi list.

     Margarete Hauptmann do Zdzisława Straszaka (5.12.1945):

„Kochany Panie Straszak

     Uważam słowność za nieczęstą cnotę. Dlatego nader mile poruszyło mnie otrzymanie Pańskiego obiecanego listu. Obrócił Pan więc ad absurdum przysłowie „Co z oczu, to i z serca”. Dzięki Panu za to! To, co Pan opowiada o odbudowie Warszawy, napawa jednak nadzieją; jakkolwiek bolesne byłoby spojrzenie wstecz, możemy jednak ufnie patrzeć w przyszłość. Oby pokój na świecie odrodził się jak feniks z popiołów. My również powinniśmy przyjąć dewizę Ernesta Haeckla: Impavidi progrediamur!

     Gerhart Hauptmann myśli bardzo ciepło o Pańskim przejęciu jego samopoczuciem. Powiada wprawdzie niebem racji, że „osiemdziesięciotrzylatek stoi zawsze na froncie.” Oby jednak los był nam wszystkim łaskawy! Panu i Pańskiej drogiej narzeczonej o królewskim imieniu Tamara towarzyszą nasze najlepsze życzenia pomyślności w życiu i w pracy. Pozdrawiamy obydwoje Państwa serdecznym „do zobaczenia”

Pańska Margarete Hauptmann

     Do tego listu dołączono drugi, który w imieniu Hauptmanna napisał do Straszaka pielęgniarz Paul Metzkow:

Panie Radco Naczelny, mój kochany panie Straszak!

     Bardzo Panu dziękuję za wszystkie pozdrowienia w Pańskim ciekawym liście do doktora Hauptmanna. Panu i Pańskiej szanownej narzeczonej towarzyszyć będą zawsze moje najserdeczniejsze życzenia. Miałem dość okazji, by poznać się na Pańskich walorach jako człowieka. Dlatego raz jeszcze wszystkiego dobrego. Dowiedziałem się również od Pana Tabaki o Pańskim do niego liście; cieszę się i w imieniu domu Hauptmannów wyrażam Panu wdzięczność za Pańskie starania w tak dla nas przykrych kwestiach, jak ogrzewanie, pieniądze i bezpieczeństwo. Właśnie w tej ostatniej kwestii, bezpieczeństwa, sprawy w naszym niewielkim Agnieszkowie przybrały ostatnio niebezpieczny obrót. Jakaś niewielka banda w niebywały sposób terroryzuje wieś – rabunki, akty przemocy – i publicznie odgraża się, że kolejnym napadniętym i obrabowanym domem będzie posiadłość dra Gerharta Hauptmanna. O zajściach tych dałem znać p. staroście Tabace w środę, 28. listopada. Porozumiał się on natychmiast z nowym dowódcą 10. Dywizji, który przyjechał na miejsce i obiecał niezwłocznie uwolnić nas od terroru tej bandy. Dziś, po upływie ośmiu dni, nie możemy, niestety, jeszcze nic takiego stwierdzić.

     W związku z powyższym wysłałem dziś także listowną informację do Pana ministra Lorentza. Pana, drogi Panie Straszak, także bardzo proszę o pomoc w pozbyciu się tych trosk. Nie mniej ważnym problemem jest ogrzewanie naszego domu. To nasz odwieczny i najcięższy kłopot. Zima przybiera postać coraz ostrzejszą, a my mamy opału zaledwie na tydzień. Co potem? Jakkolwiek dobrą wolę miałby nasz przemiły i zawsze uczynny Pan Starosta Tabaka, najwyraźniej nie sposób sprowadzić do willi Wiesenstein tych niezbędnie potrzebnych 60 ton koksu z Wałbrzycha. Przydałaby się tutaj stanowcza interwencja naszego szanownego Pana Ministra. Zważywszy Pańskie życzliwe wsparcie i tej sprawie, prosiłbym też Pana o rozważenie kwestii płatności.

     Cóż, obarczywszy teraz Pana, a samemu doznawszy ulgi, ściskam serdecznie Pańską dłoń. Proszę przekazać Pannie Tamarze moje najgorętsze życzenia pomyślnych studiów i szczęśliwej przyszłości,

pozdrawiam Pana serdecznie szczerze oddany

Paul Gerhard Metzkow

     W interesie obu naszych narodów i dla odbudowy obu krajów pragnąłbym dla Pańskiego narodu i mojego narodu, takiego zrozumienia i wzajemnego oddania, jakim obaj nauczyliśmy się nawzajem obdarzać.

     To ostatnie, jakże ważne przesłanie płynące z willi Wiesenstein do młodego Polaka, pada 5. grudnia 1945 roku. Z listu dowiadujemy się o problemach ogrzewania na zimę tego rozbudowanego domu. Była to prośba o dostarczenie 60 ton koksu i to w czasach, gdy opału brakowało. Prośba, która musi wymagać komentarza. A jaki był finał?

     Stare przysłowie mówi, że „diabeł tkwi w szczegółach”. Te zaś dopowiedziała Robertowi Stando w filmie Tamara Straszak. Interwencja Zdzisława u ministra Stefana Jędrychowskiego, jego zgoda a potem osobisty przez Straszaka nadzór, by koks z wałbrzyskiej kopalni mógł dotrzeć do Agnieszkowa, pokazuje zaangażowanie Polaków, bez której Hauptmann nie przeżyłby zimy 1945/46. Mało tego, węgiel dostarczono za darmo, choć Zdzisław, by wszystko pomyślnie załatwić, udał się do Wałbrzycha z dwiema skrzynkami wódki. Wystarczyło na załatwienie  ciężarówek, którymi koks z Wałbrzycha dojechał do Agnieszkowa.

     Korespondencja ze Straszakami podtrzymywana jest w kolejnym roku.

Drogi Panie!

     Odwzajemniamy Pańskie życzenia wielkanocne serdecznymi życzeniami zielonoświątkowymi. Dzięki stokrotne za Pańską pamięć o nas, która nas bardzo ucieszyła. Najlepsze życzenia dla Pana i Pańskiej szanownej narzeczonej Tamary. Do zobaczenia gdziekolwiek.

Pańska Margarete Hauptmann, 1946

     Robert Stando: Listy nie stanowią dla dokumentalisty zbyt frapującego materiału. Chyba że odnajduje on takie listy.

Scena 4:  Jeszcze jeden list i dwie książki

     Po emisji kolejnego z filmów Stando o Hauptmannie „Siedem i pół tygodnia” odezwała się Irena Matczak, pisząc do Telewizji Polskiej:

     Miałam możność poznania Gerharta Hauptmanna i goszczenia w jego domu. Będąc od 15.06.45 do 31.12.45 sekretarką starosty jeleniogórskiego Wojciecha Tabaki, znając dobrze język niemiecki, byłam niejednokrotnie tłumaczką między starostą a opiekunem Gerharta Hauptmanna (…) Pośredniczyłam również w stałych rozmowach między Referatem Kultury i Sztuki oraz Referatem Opieki Społecznej – której kierownikiem był p. Krzyżanowski – dotyczących opieki nad Gerhartem Hauptmannem, polegającej na dostarczeniu mu leków, aprowizacji oraz co najważniejsze, opału. Współpraca z opiekunem Hauptmana  układała się bardzo dobrze, o co starał się sam Starosta.

     W dniu 15 listopada 1945 roku, w dniu 83-ch urodzin Gerharta Hauptmanna, wchodziłam w skład delegacji, która w dniu Jego urodzin składała Mu życzenia od gospodarza Ziemi Jeleniogórskiej Wojciecha Tabaki, w postaci kosza kwiatów oraz wiktuałów (o które w owym czasie było bardzo trudno). W skład delegacji wchodzili jeszcze sekretarz Zdzisław Straszak oraz kierownik Kancelarii Stanisław Czepurkowski. Byliśmy podejmowani przez Gerharta Hauptmanna i jego żonę śniadaniem oraz wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej gości, po czym udaliśmy się do pracowni na luźną rozmowę z pisarzem. Od Gerharta Hauptmanna otrzymałam zdjęcie z imienną – ale dla mnie – dedykacją oraz książkę-nowelkę „Die Hochzeit auf Buchenhorst”, wydaną w roku 1933 przez S. Fischer Verlag-Berlin, pisanej gotykiem, w pięknej obwolucie. Pamiątki po Nim mam w wielkim poszanowaniu.[2]

     Swoim egzemplarzem „Wesela w Buchenhorst” mogła poszczycić się także Tamara Straszak.  Nawet po wojnie Hauptmann nie przestawał być mistrzem w kreowaniu własnego wizerunku. Zdjęcia rozdawane przy licznych okazjach, starannie przygotowywał mu Alfred Jäschke, fotograf z Görlitz, mający swoje atelier przy Pasażu Strasburskim w pobliżu dworca kolejowego. To Jäschke wykonał pierwszy znany barwny portret zdjęciowy Hauptmanna.

     Wśród roboczych nagrań Roberta Stando znajduje się taśma z kilkakrotnie realizowaną rozmową z Jerzym Kolankowskim, lekarzem i literatem, w 1945 przybyłym do Jeleniej Góry. Od nagrania minęło dobrych parę lat. Słucham i postanawiam coś sprawdzić, bo rzecz o takim luksusie po wojnie, jak telefon. W zbiorach Archiwum Państwowego w Jeleniej Górze natrafiam na pierwszą polską książkę telefoniczną Dolnego Śląska. Dokładnie wertuję i… jest tak, jak przypuszczam. Na dziesiątej stronie w rozmównicy gminy Chojnasty, pierwotnej powojennej nazwie Sobieszowa znajduję zapis o numerze telefonu: „3 25  Hauptmann Gerhardt, dr, Agnieszków”.  Dokładnie dwadzieścia stron dalej w rozmównicy Karbacz(!) widnieje: „5 54 Pohl Gerhard, powieściopisarz, Wolfshau”.  Ciekawe,  dlaczego się w niej znaleźli? I to obaj! Pewnie za sprawą starosty Tabaki?- zbieram się na jakąś logiczną odpowiedź.  – Mimo usilnych starań, nie znajduję w „Pierwszym spisie abonentów na rok 1946” innych niemieckich nazwisk.

Scena końcowa

     Gerhart Hauptmann umiera w swoim domu 6 czerwca 1946 roku. Nim na zawsze opuści Śląsk i zostanie pochowany na odległej wyspie Hiddensee, upłynie owe  dramatyczne siedem i pół tygodnia. Przez ten czas co do pochówku pisarza będą się ścierać różne, sprzeczne interesy Rosjan, Polaków, Niemców zainteresowanych „demokratyczną odnową” swojego kraju w Radzieckiej Strefie Okupacyjnej. Ale nim to nastąpi, wdowa po Hauptmannie napisze do młodego Polaka w Warszawie:

Drogi Panie Straszak!

     Sentencja Gerharta Hauptmanna, że „Osiemdziesiesięciotrzylatek stoi zawsze na froncie” i znacząca doniosłość, jaką Pan tym słowom nadaje, wzruszyły mnie do głębi serca. Dzięki! Dzięki! Dzięki!

    Niech w życiu i pracy towarzyszą  Panu zawsze moje najlepsze życzenia.

Pańska Margarete Hauptmann

Wiesenstein w Karkonoszach, 6. lipca 1946

Postcriptum

1.czerwca 2009 roku od rana Wiesenstein – jak dawniej – wypełniony jest dziećmi w dniu ich święta. „Jagniątków-bajkowy przewodnik dla dzieci” ma tu swoją literacką promocję.  Poważna sprawa i to w takim miejscu! Późnym popołudniem gościem Domu Gerharta Hauptmanna jest Robert Stando. Spotkanie trwa już kilka godzin i nikt nie ma dosyć. Hala Rajska rozgrzana ciepłem kominka a przede wszystkim dyskusją, którą przeplatają pokazy filmów Stando. Okazuje się, że w zbiorach Domu  Hauptmanna w Jeleniej Górze – Jagniątkowie znajduje się – szczęśliwie odnalezione przed kilkoma laty - osobiste podziękowanie pisarza Wojciechowi Tabace, za jego nadzwyczajną i pełną szacunku pamięć o 83. urodzinach pisarza.[3] Robert Stando promienieje.

- Gdy kręciłem tu przed laty swoje filmy, mówili mi, że ten dokument zaginął – tłumaczy. – Dlatego nie pokazałem go w żadnym obrazie. Chciałem nawet zawiadomić organa ścigania o kradzieży.

Reżyser przekazuje do zbiorów swoją dokumentację filmową, robocze nagrania filmów, unikalne zdjęcia. Przez lata w teczkach i na taśmach filmowych zgromadził całkiem pokaźne archiwum. - Tu będzie dla nich najlepsze miejsce – mówi. – Ja już skończyłem z działalnością filmową. Mam swoje lata.

Po spotkaniu podchodzi do mnie jeden z nauczycieli akademickich - germanista.

- To było najdłuższe i najciekawsze spotkanie w tym domu, odkąd pamiętam – zauważa.  – W tym tygodniu mam spotkanie ze swoimi studentami. Będziemy omawiać propozycje tematów do prac magisterskich.

[1] Wojciech Tabaka jako Pełnomocnik Rządu na Obwód Nr 29 (powiat jeleniogórski) objął urzędowanie w Jeleniej Górze 24. maja 1945. Jego sylwetkę przybliżają Bogumiła i Wacław Dominikowie w biograficznej książce „Wojciech Tabaka – starosta”, Wrocław 1985.
[2] List Ireny Matczak  do TV Polonia z 24.11.2000.
[3] MM DGH sygn. nr 56.

[Janusz Skowroński]
Pisze książki i artykuły o tajemnicach Dolnego Śląska. Na łamach „Karkonoszy” o Gerharcie Hauptmannie ukazały się jego autorstwa: 60 lat po śmierci Gerharta Hauptmanna. Uzupełniona biografia [nr 6, 2006], Wiesenstein – Warszawianka – Muzeum Miejskie. Losy domu Gerharta Hauptmanna po roku 1945, [cz. I - nr 5, 2007, cz. II - nr 6, 2007].
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2010-02-15, godz. 19:57, Odwiedzin: 5036
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.1380200386