Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Kościoły Pokoju: Jawor i Albrecht von Sabisch

     Wywołana konfliktem religijnym zaistniałym między katolikami a ewangelikami wojna trzydziestoletnia nie oszczędzi żadnego śląskiego miasta. Przez kolejne jej etapy tutejsi mieszkańcy doświadczą wielokrotnego przemarszu różnych armii, które będą się utrzymywać jedynie z kontrybucji i grabieży.

     W połowie XVII wieku (wojna trwała od 1618 do 1648 roku) Dolny Śląsk jest prawie wyludniony i kompletnie zrujnowany. Cała Europa, zmęczona najdłuższą w swej historii wojną, stęskniona jest normalności. Strony konfliktu decydują się na podpisanie pokoju, choć pertraktacje go poprzedzające trwają bardzo długo i choć ani katolicy, ani ewangelicy nie są gotowi usiąść do jednego stołu. Będą komunikować się przez kurierów kursujących między Osnabrück w Dolnej Saksonii (obóz ewangelicki) a Münster w Westfalii (katolicy) i traktat o rozejmie (jak się później okaże w dwóch nieco różniących się od siebie wersjach) podpiszą 24 października 1648 roku, także osobno, w ratuszach tych miast.

     Dla śląskich ewangelików postanowienia traktatu pokojowego wojny trzydziestoletniej oznaczały likwidację ich Kościoła. Pokój westfalski zachowywał wprowadzoną w 1555 roku zasadę - czyja władza, tego religia (cuius regio, eius religio). Zgodnie z nią, panujący tu cesarz austriacki, Ferdynand Habsburg za obowiązujące na swoich terenach wyznanie uznał katolicyzm.

     W praktyce oznaczało to, że wszelkie czynności prawne przejmował Kościół Katolicki. Kto nie chciał do niego należeć, musiał pogodzić się ze statusem obywatela niższej kategorii. Ale nie była to tylko kwestia samopoczucia. Parafie w tamtych czasach pełniły funkcję administracji publicznej. Chrzciny, zawieranie związków małżeńskich, pogrzeby, wszystko to leżało teraz tylko w kompetencjach księży katolickich.

     Ewangelicy z księstwa głogowskiego i świdnicko-jaworskiego nie dają jednak za wygraną. Paragraf 40. pokoju westfalskiego (znane są dwa różne jego zapisy) mówi o możliwości uzyskania od cesarza zgody na wybudowanie na ich terenie trzech kościołów, jeśli spełnione zostaną specjalne warunki.

     Pierwszym i podstawowym z nich jest wystąpienie społeczności ewangelickiej do monarchy o wydanie takiej zgody. Następnie wyznaczony zostanie teren, na którym budowla będzie mogła stanąć, jednak bezwzględnie poza murami miasta. Oznaczało to dla społeczności luterańskiej usunięcie jej poza teren chroniony. Miasta w owych czasach były bardzo samodzielne i właściwie niezależne od panującego. Rządziły się one własnymi prawami. W świadomości obywatela funkcjonowało pojęcie grodu jako zamkniętej, zorganizowanej i bezpiecznej jednostki. Od średniowiecza teren poza miastem był miejscem dla wyrzutków, chorych i partaczy. Tam rozpleniała się biedota, tam stawiano przytułki i szpitale dla zakaźnie chorych. Tam teraz wyznaczono miejsce nowym kościołom ewangelickim.

     Cesarz udzielając zgody dodał pewne, nieujęte w traktacie pokojowym warunki: budowla nie mogła mieć dzwonów, a więc i wieży, czyli tym samym, z założenia, nie miała przypominać wyglądem tradycyjnego kościoła, oraz do jej budowy wolno było użyć jedynie drewna, gliny i słomy. Nie było mowy o kamieniu, czy cegle, co znaczyło, iż skazuje się inwestycję na nietrwałość.

     A jednak do naszych czasów zachowały się dwa z wybudowanych wtedy Kościołów Pokoju, w Jaworze i Świdnicy. Trzeci, ten z Głogowa, w sierpniu 1654 roku, a więc niespełna po dwóch latach od wybudowania, zawalił się podczas gwałtownej burzy. Odbudowany rok później, stał do 1758, gdy na skutek uderzenia piorunem doszczętnie spłonął. Wówczas wyznaczono nowe miejsce pod świątynię, która miała przejąć funkcje dawnego Kościoła Pokoju, a wykonanie projektu powierzono młodemu mistrzowi budowlanemu z Wrocławia. Karol Gothard Langhans, zainspirowany pomysłem swojego poprzednika, Albrechta von Säbischa, projektanta wszystkich trzech świątyń zbudowanych na mocy pokoju westfalskiego, nadał mu charakter zbliżony do pierwotnego. Kościół ten jednak został poważnie zniszczony w czasie ostatniej wojny i resztki jego murów rozebrano w latach sześćdziesiątych XX wieku.

     Kościoły Pokoju w Świdnicy i Jaworze przetrwały w oryginalnym, prawie nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego. Jest to fakt niezwykły, zważywszy, iż już w momencie budowy zdecydowano o ich nietrwałości. Zachowały się, choć wiele innych, solidnych, kamiennych, zdawałoby się wiecznych budowli, rozsypało się w pył.

     Na początku XXI wieku oba obiekty zostały wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Sława o nich rozprzestrzenia się na całą Polskę i Europę, na cały świat.

     Zebranie środków na budowę tych kościołów nie było łatwe, gdyż Śląsk, wcześniej kraina zasobna, po wojnie trzydziestoletniej zubożał jak nigdy dotąd. Postanowiono więc poszukać pomocy poza jego granicami. Zbiórki pieniężne, organizowane w Saksonii, Szwecji i całej protestanckiej Europie, umożliwiły realizację planów. Jako pierwszy powstał Kościół „Żłóbka Chrystusowego" w Głogowie, następnie „Ducha Świętego" w Jaworze, a na końcu Trójcy Świętej w Świdnicy.

     Autorem wszystkich trzech projektów był wrocławski inżynier wojskowy, podporucznik Albrecht von Säbisch, postać niezwykle interesująca i barwna. Urodził się w 1610 roku we Wrocławiu. Jego ojciec był także budowniczym, który specjalizował się w obiektach militarnych. Syn otrzymał staranne wykształcenie na uniwersytetach w Lipsku i Strassburgu, gdzie studiował matematykę, teologię i prawo, a ponadto filologię klasyczną, historię antyczną i poetykę. Był człowiekiem wszechstronnym, o wielu pasjach i uzdolnieniach.

     Rodzice, widząc niezliczone talenty syna, dalej inwestują w jego kształcenie i wysyłają do Paryża, Londynu i Hagi. W Niderlandach Säbisch studiuje inżynierię i sztukę fortyfikacji. Ponieważ ma zacięcie militarne, wstępuje do służby wojskowej, ale jako trzydziestolatek decyduje się na powrót do rodzinnego miasta.

     We Wrocławiu powierzono Albrechtowi Säbischowi objęcie dowództwa garnizonu wojskowego oraz funkcję inspektora Arsenału. W ten sposób mógł kontynuować dzieło ojca, czyli rozbudowę wrocławskich fortyfikacji. Uczestniczył w przebudowie zamku w Brzegu. Zaprojektował Kościoły Pokoju, które są jedynymi znanymi jego budowlami sakralnymi.

     Zadziwia wszechstronność zainteresowań Säbischa. Był nie tylko żołnierzem i budowniczym, ale i bibliofilem, kolekcjonerem dzieł sztuki i poetą. Jako urodziwy, błyskotliwy i pełen sukcesów mężczyzna wywoływał słabość u płci przeciwnej. Wiódł bujne życie towarzyskie i nie raz Wrocław huczał od plotek na temat historii miłosnych z jego udziałem. Najbardziej jednak cenił sobie wolność i pielęgnowanie licznych pasji.

     Kościoły Pokoju w Jaworze i Świdnicy są największym dziełem jego życia.

*   *   *

     Krzysztof przestudiowawszy wszystkie dostępne mu materiały, znowu rusza w drogę i jest to znów kierunek na północ od Jeleniej Góry, znów Pogórze Kaczawskie. Tym razem jego celem jest Jawor. Chce w tym mieście zwiedzić rynek z ratuszem i boczne ulice, muzeum, piastowski zamek (kiedyś była tu przecież stolica księstwa), kościół św. Marcina i oczywiście, to co wiąże się z protestantyzmem, Kościół Pokoju. Nadal służy luteranom. Obecnie jest ich tu niewielu. Świątynię zbudowano z założeniem, by pomieściła 6000 parafian, schodzili się do niej ludzie z miejscowości oddalonych nawet kilkadziesiąt kilometrów.

     Krzysztof zaparkował przed bramą parku okalającego kościół. Wcześniej był tu cmentarz. Aleja lipowa prowadzi w kierunku głównego wejścia. Z tablicy informacyjnej wynika, że jest właśnie przerwa. Krzysztof musi zaczekać pół godziny. Przysiada na pobliskiej ławce. Z tego punktu może obejrzeć budowlę z zewnątrz.

     Obiekt robi wrażenie. Cała powierzchnia rozległych ścian rozpięta jest na systemie słupów i poziomych rygli. Dodatkowo wprowadzono wzmocnienia, krótkie, ukośne belki, które krzyżują się ze sobą. Jedynym urozmaiceniem tej rytmicznej w optyce, szachulcowej konstrukcji, jest wieża. Dobudowano ją w 1707 roku, gdy cesarz austriacki poszedł luteranom na kolejne ustępstwa.

     Zebrało się kilku innych turystów. Za chwilę pojawia się ktoś z kluczem. Przez pogrążony w półmroku przedsionek czekający wchodzą do środka...

     Lazur i biel. Krzysztof słyszy jak kilka młodych osób, które wkraczają za nim, wydaje naraz tłumiony okrzyk. Kontrast bogactwa wnętrza z surowością tego, co oglądali na zewnątrz jest niewyobrażalnie silny. A jednak mimo nagromadzenia niepojętej ilości ozdobnych elementów, wewnętrzna przestrzeń kościoła nie jest przytłaczająca. Wręcz przeciwnie. Przewiewna, lekka, jak... muzyka Mozarta. Takie porównanie przychodzi mu do głowy. Przez chwilę każdy z przybyłych po prostu stoi oniemiały. Mężczyzna, który im otworzył drzwi, zachęca żeby zająć miejsca, zaraz puści tekst z taśmy, objaśniający detale oraz historię powstania kościoła.

     Krzysztof rozgląda się, próbuje ogarnąć całość. Ma wrażenie, że wnętrze to hala, bo głębia bocznych naw jest wypełniona czterema piętrami empor. Dobudowywane sukcesywnie, w miarę zwiększającej się liczby wiernych, tworzą poziome ciągi, wydłużając optycznie odległość między ołtarzem a prospektem organowym. Całe bogactwo tematów zaczyna się w cyklu malowideł przedstawionych w ich przedpiersiach, w sumie ponad 200 obrazów i motywów. Są tam sceny ze Starego i Nowego Testamentu z przyporządkowanymi im odnośnikami, krótkimi tekstami z Biblii. Autorem cyklu jest Grzegorz Fleger z Kowar. Można tu podziwiać liczne herby okolicznej szlachty, przedstawione na tle pejzaży z okolic oraz wizerunki ich posiadłości. Krzysztof rozpoznaje wśród nich zamek Świny. A więc tak wyglądał wtedy, jeszcze przed przebudową, gdy bywał na nim Jakub Bóhme...

     Krzysztof przesuwa się wolno wśród ciągu innych, uwiecznionych tutaj, a nieznanych mu, rycerskich siedzib, szlacheckich i dworów. Rozproszone gdzieś w okolicy, miały swoich mieszkańców, historie...

*   *   *

     Zuzanna przywdziewa ciężką, aksamitną suknię. Właściwie wchodzi w nią, a dokładnie w cylindryczny otwór, którego brzegi podtrzymywane są przez wyciągnięte ramiona służącej. Za chwilę, gdy Zuzanna wypełni wnętrze stroju, sprawne dłonie pokojowej zaczną zapinać liczne haftki, aż materiał w staniku wygładzi się i boleśnie ściśnie krągłe piersi szlachcianki, a fiszbiny wokół bioder rozłożą się jak wachlarz. Zuzanna, jedyna córka pana na Luboradzu, przyszła dziedziczka wielu folwarków, kilku wsi, rozległych pól ciągnących się w kierunku Jawora oraz wielkich połaci lasów, stoi naburmuszona przed lustrem. Nie może swobodnie oddychać, bo suknia, jak żelazny gorset opięła jej żebra i usztywnia ruchy.

     Przed obiadem wróciła z przejażdżki konnej. Jeszcze na skrzyni ustawionej między oknami komnaty leży jej męski stój: wygodne spodnie, luźny, swobodny kaftan i kapelusz z szerokim rondem. Żadna ze szlachcianek nie odważyłaby się czegoś takiego ubrać, ale ona jest wyjątkiem.

     Przejażdżka... myśli Zuzanna i w jej zielonych oczach rozbłyskują złote ogniki. Dobrze, że nikt jej nie widział, jak galopowała skrajem lasu. Ściskała udami boki swojej klaczy, ostrogami kłuła ją w pachwiny, szybciej, jeszcze szybciej! Przytuliła głowę do jej grzywy i tak zespolone pędziły przez wiatr. Gałęzie smagały Zuzannę po twarzy. Nawet nie czuła bólu. Dopiero teraz, gdy służąca czesze jej wyswobodzone z warkoczy zwoje włosów, dziewczyna przyglądając się sobie w tafli zwierciadła, widzi czerwonawe ślady na policzkach. Mocno pieką. Zuzanna jeszcze ciągle czuje wokół siebie zapach końskiego potu. W komnacie panuje cisza. Dziewka, wspinając się na palce, upina nad czołem swojej pani misterną opaskę. Teraz bujne włosy szlachcianki posłusznie spływają równą, gładką falą na plecy.

     Służba uwija się na dziedzińcu dworu. Szykują do drogi paradny powóz. Za chwilę Zuzanna z ojcem wybiorą się do Jawora. Pan na Luboradzu, owdowiały przed kilkoma laty szlachcic, ofiarował pokaźne ilości drewna na budowę nowego kościoła. Ich kościoła. Tak długo wyczekiwanego. Stanie wprawdzie poza murami miasta, takie miejsce to hańba, ale trudno. Trzeba się z tym pogodzić. Najważniejsze, że będą mieli wreszcie swoją świątynię.

     Zuzanna, choć kapryśna i rozpieszczona, ojcu jest posłuszna. Nie miała ochoty jechać do miasta na długą, nużącą uroczystość, ale stary pan chce się pokazać ze swoją dorodną córką. To będzie wielka uroczystość - wmurowanie kamienia węgielnego i oficjalne przekazanie na budowę kościoła darów od okolicznej szlachty. W ich przypadku są to pnie dębów. To wzruszające, że przez wieki rosły w należących do rodziny lasach, by wreszcie posłużyć za konstrukcję budowanego od podstaw, ewangelickiego kościoła.

     Wiele się tu zmieni. Nie tylko ze względu na tę budowę. Zuzanna niebawem będzie musiała podjąć decyzję o małżeństwie. Ma wprawdzie dopiero osiemnaście lat, ale jej ojciec jest starym człowiekiem i pragnie przekazać majątek następcy. Chce zdążyć zobaczyć wnuki, chce odpocząć. Kilku kandydatów stara się o rękę przyszłej dziedziczki Luboradza. Zuzanna odkłada decyzję. Obiecała jednak ojcu, że tego lata powie mu, kogo wybierze na męża i ojca swoich dzieci.

     Gdy zbliżają się do Jawora, Zuzanna z uwagą, choć bez przejęcia, wypatruje placu, gdzie będzie budowany kościół. Nic, kompletnie nic jeszcze jej nie podpowiada, że niebawem zdarzy się coś, co wstrząśnie jej życiem.

     Już w oddali zarysowują się mury miasta i wieże, stopniowo zagęszczają się na przedgrodziu marne chaty biedoty, której nie przyjęto w poczet mieszczan. Zuzanna z odrazą odwraca głowę na wyciągające się w kierunku powozu, sine jak ziemia kikuty ramion żebraków. To tutaj, wśród tych wyrzutków ma stanąć ich kościół?

     Ale oto już zbliżają się do wyznaczonego miejsca. Plac jest uprzątnięty i wyrównany. W rzędzie stoją przybyłe już wcześniej powozy. Urządzono symboliczne ogrodzenie z młodych, ledwie zieleniących się brzózek. Z daleka widać nakryty barwnym kobiercem podest z fotelami dla rodziny książęcej. Rozpostarto nad nim rodzaj ozdobnego namiotu. Wyznaczono też sektory dla innych szacownych gości, darczyńców i bogatych mieszczan. Reszta, pospolita ludność, kłębi się w oddali, młodzi powłazili na miejskie mury, niektórzy wspięli się na gałęzie nielicznych drzew. Wszyscy chcą zobaczyć uroczystość wmurowania kamienia węgielnego. Jest to znamienny dla okolicznych ewangelików dzień 24 kwietnia 1654 roku...

     Już niebawem rozpocznie się uroczystość. Pastor, mistrz dzisiejszej ceremonii, wita przybyłych gości. Modlitwy i śpiew. Kazanie, znowu modlitwy. Zuzanna słusznie przeczuwała, że będzie to wszystko długie i męczące. Wreszcie, po prawie dwóch godzinach, przychodzi moment gdy hojniejsi ofiarodawcy podchodząc po kolei do duchownego, składają na jego ręce dary. Całe szczęście, oddycha z ulgą. To na pewno zapowiedź końca. Tymczasem nadchodzi ich kolej. Teraz, na krótko przed publicznym wystąpieniem, zaczyna jej szybciej bić serce. Ojciec trzyma w ręku dokument przekazania daru na konstrukcję kościoła. Występuje na środek. Zuzanna kroczy koło niego. Gdy stary szlachcic w trakcie wręczania pisma wypowiada do księdza kilka słów, dziewczyna kieruje wzrok na stojącego obok duchownego mężczyznę.

     To projektant przyszłego kościoła, Albrecht von Säbisch. Patrzy dość obojętnie na to co się dzieje. Korowód darczyńców jest długi. Jego obecność jest tu symboliczna. Dopiero, gdy ruszą z budową, gdy cieśle zaczną stawiać w przestrzeni tego placu jego śmiało zaprojektowaną konstrukcję, wtedy nadejdzie jego kolej...

     Tak, Albrecht von Säbisch stoi obok pastora, godnie pełniąc swoją dzisiaj tylko reprezentacyjną funkcję i nawet nie podejrzewa co się w tym momencie rozgrywa. A jest to kilka sekund, które zaważą na dalszych losach Zuzanny. Ba! Pewne istotne znaczenie mogłyby mieć i dla niego, gdyby... Gdyby dane mu było dowiedzieć się o pewnych faktach, jakie będą miały miejsce w przyszłości, a wynikną w konsekwencji tej krótkiej chwili...

     Zuzanna wstrzymała oddech. Patrzy na Säbischa. Czuje jak powoli, od głowy, od czoła w dół zalewa ją gorąca fala oniemienia. Nigdy, przenigdy dotąd nie widziała tak pięknego mężczyzny! Jego długie, opadające na ramiona w lokach i falach włosy podkreślają piękny owal pociągłej twarzy. Wypukłe usta okalają finezyjnie podkręcone wąsy i wąska, wedle najnowszej mody przycięta broda. A oczy... Säbisch patrzy teraz na nią i lekko się uśmiecha. Dziewczyna doznaje zawrotu głowy... Dobrze, że może wesprzeć się na ramieniu swojego ojca. Ten już odwraca się, by odejść i zrobić miejsce następnym. Zuzanna, posłusznie idzie koło niego, ale nogi ma miękkie, jakby zupełnie nie swoje, wszystkie mijane twarze zlewają jej się w szarą mgłę...

     Tym niepozornym zdarzeniem przerwana została cała beztroska życia Zuzanny. Już najbliższej nocy prawie nie zmruży oka. Umęczona bezskutecznym rzucaniem się w łóżku, zaśnie nad ranem krótkim, płytkim snem, by snuć się po dworze, rozpamiętując postać Säbischa. Nie będzie mogła ani jeść, ani spać. Jedynym, co ją teraz zajmuje, jest obmyślanie planu, jak się do niego zbliżyć. Muszą się bliżej poznać!...

     W maju 1654 roku prace budowlane ruszyły ostrym tempem. Po wykopaniu fundamentów zaczęto przygotowywać słupy i belki na konstrukcję szkieletową naw i stropu. Na miejscu był każdego dnia mistrz ciesielski z Jawora, Andrzej Gamper, czasami przyjeżdżał z Wrocławia sam autor projektu, inżynier Albrecht von Säbisch, żeby sprawdzić jak postępuje budowa. W swoich planach zastosował inne niż w Głogowie rozwiązanie, aby całość konstrukcji uczynić stabilniejszą, mimo większych, odważniejszych rozmiarów.

    Wcześniej, we Francji oglądał obszerne świątynie hugenotów i był zafascynowany możliwościami, jakie daje budulec drewniany. W przypadku Kościołów Pokoju była to konieczność. Dzieła sztuki budowlanej jakie powstały w obrębie tak niebywałych, narzuconych projektantowi ograniczeń pokazują, jakiej rangi artystą i fachowcem był Säbisch.

     W Jaworze zdecydował się na postawienie trójnawowej bazyliki, a więc wyższej niż nawy boczne części środkowej, z krótkim, trójbocznym prezbiterium. W tak zaprojektowanym układzie, niższe nawy z rozpiętymi wewnątrz nich dwiema kondygnacjami empor, wspierają główną znakomicie usztywniając cały szkielet budowli.

     Tymczasem w niedaleko od Jawora położonym Luboradzu ojciec Zuzanny oczekuje od córki decyzji o zamążpójściu. Dziewczyna jeszcze zwleka. Przekonuje go, że trzeba jeszcze trochę zaczekać. Chce przysięgać wybrańcowi w nowym kościele, a on jeszcze nie gotowy...

     Zuzanna bardzo się zmieniła. Gdy tylko ojciec jedzie do Jawora patrzeć, jak przebiega budowa, ona, wcześniej mało zainteresowana, teraz zawsze chce mu towarzyszyć. Czasami spotykają na placu budowy Albrechta Säbischa. Wszyscy podziwiają jego talent i wiedzę. Wystarczy, że popatrzy na projekt i na stawianą konstrukcję, a od razu wie, co trzeba zmienić, na co zwrócić uwagę. Nie można popełnić żadnego błędu. Mistrz jest przy tym ujmujący i bardzo uprzejmy. Niekiedy zdarza się, gdy nie jest mocno zajęty, poprowadzić z nim miłą rozmowę. Cóż z tego? Zuzanna widzi, że ten wspaniały mężczyzna wcale zdaje się nie zauważać, że ona żyje tylko od spotkania do spotkania...

     Tak nadszedł lipiec. Kościół już stoi. Wprawdzie jest to dopiero główna konstrukcja. Ale już budzi zachwyt swoimi harmonijnymi proporcjami i stabilnością. To nie do pojęcia, że do połączenia belek użyto tylko drewnianych kołków i klinów. Trzeba będzie jeszcze przykryć całość dachem, potem wypełnić gliną ściany, ale z daleka podziwiać już można potężną sylwetkę tej dawno wyczekiwanej budowli. Dobra pogoda sprzyja budowniczym. Albrecht von Säbisch przyjechał teraz na kilka dni. Zakwaterowano go w najlepszym zajeździe miasta. Na dole, w karczmie spożywa posiłki, śpi na górze, w najpiękniejszym pokoju z wykuszem, z widokiem na powstające dzieło.

     Tego wszystkiego dowiedziała się Zuzanna przypadkiem, ale informacje te kłębią się w jej głowie jak niespokojna woda. Raz dopuszczona do świadomości nieprawdopodobna myśl - marzenie, wraca, przymila się, oswaja. Już wcale nie wydaje się taka szalona, wręcz przeciwnie, jedyna i słuszna...

     Owego dnia, po wieczerzy, Zuzanna poszła szybciej niż zwykle do swojej komnaty. Skarżyła się, że boli ją głowa, że chce się położyć. Pokojową odesłała do pomocy w kuchni. Zmierzch po upalnym dniu przyniósł całemu światu wytchnienie. Na łąki za oknami dworu w Luboradzu miękko spłynęła wieczorna rosa. Nawet psy zamilkły.

     Zuzanna cichutko, na palcach podeszła do skrzyni, w której służąca złożyła strój do jazdy konnej. Bezszelestnie wciągnęła na siebie spodnie i koszulę. Włożyła jeszcze kapelusz, głęboko, tak by zasłaniał twarz. Chwilę nasłuchiwała, a upewniwszy się, że w dworze zalega cisza, ostrożnie uchyliła drzwi. Zaraz potem, skradając się wzdłuż ściany, dotarła do schodów i niby cień przemknęła nimi na dół, do sieni. Tu znowu znieruchomiała. Teraz musi przedostać się przez dziedziniec do stajni...

     Gdyby ktoś mógł obserwować drogę z Luboradza do Jawora późnym wieczorem 25 lipca 1654 roku, zobaczyłby samotnego jeźdźca pędzącego przez równinę w kierunku miasta. Brama złotoryjska, ta od strony nowego kościoła jest dziś wyjątkowo otwarta. W pobliskim zajeździe zebrało się kilka osób. Jest tam mistrz ciesielski, Andrzej Gamper, jest kilku rajców no i oczywiście sam projektant Albrecht von Sabisch. Jutro niedziela, wszyscy odpoczną, można cieszyć się pierwszym, zakończonym sukcesem, etapem pracy. Zatknięta została bowiem wiecha na więźbie dachu stawianego kościoła. Wesoło w gospodzie, jadło przednie, dziczyzna pieczona na rusztach i drób, karczmarz wytacza kolejny antałek wina.

     Za budynek zajazdu, zatoczywszy szeroki łuk, ktoś się skrada. Prowadzi za sobą za uzdę konia. Skwerek porasta trawa, stąpa po niej cicho zdrożona klacz. Tajemniczy jeździec wiąże ją u kraty okna. Potem ciemna postać przemyka przez sień na górę, po schodach. W korytarzu przystaje, jakby analizowała do której komnaty chce wejść. Już wie, za moment znika za drzwiami...

     Kiedy Zuzanna znalazła się w pokoju Albrechta, nagle ogarnął ją popłoch i przerażenie. Co właściwie ona tu robi? Stała tak dłuższą chwilę struchlała i po raz pierwszy, odkąd powzięła ten plan, wpadła w panikę. To było jak chluśnięcie zimną wodą. Strach i pragnienie ucieczki. Bezradnie rozglądała się po komnacie. Nigdy jeszcze nie widziała apartamentu kawalera. Na oparciu wysokiego krzesła rozpięty był odświętny surdut Albrechta, na skrzyni poskładana męska bielizna, obok szafy wysokie buty z błyszczącej skóry, w których widywała go czasami. Na podłogę zsunęły się rzucone niedbale rękawice z miękkiej irchy. Do tego ten roznoszący się wszędzie zapach... To jakieś zamorskie perfumy, których nutę niekiedy wyczuwała, teraz rozpoznaje wyraźnie.

     Zuzanna jeszcze się waha. Jest trochę tak, jakby weszła na własne życzenie do klatki z groźnym zwierzęciem. Ale może jeszcze ma szansę się stąd wydostać? Uświadamia sobie, że bardzo chce się jej pić. Ma zaschnięte gardło. Spostrzega stojący na stole dzban. Chwyta go i łapczywie wypija zawartość. To mocne wino.

     Wtem słyszy jakieś głosy na dole w sieni, może na schodach? Za późno na ucieczkę! Szybko, już nic nie rozważając, rozsznurowuje u pasa spodnie, wyswobadza się z koszuli. Już skrzypi podłoga pod drzwiami!...

     Niewiele myśląc, nagusieńka wsuwa się w miękką pościel wielkiego łoża z baldachimem...

     Kiedy następnego poranka Albrecht otworzył oczy, przez chwilę komnata wirowała mu w przestrzeni. Każda ściana osobno. Głowę rozsadzał jakiś łomot i ból. Przez chwilę zbierał myśli. Czy mu się t o śniło? Czy t o była jawa? Usiadł na posłaniu. Pokój wyglądał dokładnie tak, jak zwykle, ani śladu kogoś obcego... Hm, dziwne. To był bardzo długi wieczór i... męcząca, piękna noc...

     Dnia 24 kwietnia 1655 roku, dokładnie w rocznicę położenia kamienia węgielnego pod budowę Kościoła Pokoju w Jaworze, zebrało się na nabożeństwie bardzo wiele ludzi. Jest naturalnie okoliczna szlachta, a wśród niej przedstawiciele rodu von Schweinichen, von Schweinitz, von Zedlitz i inni. Przybyło też sporo gości z dalszych stron. Nawet sam mistrz, Albrecht von Säbisch. Dzisiaj będzie ochrzczonych tu kilkanaście niemowląt. To wielka uroczystość.

     Wśród szczęśliwych rodziców jest Zuzanna i jej małżonek. Latem ubiegłego roku odbył się ich ślub. Wszystko potoczyło się szybko. Pani na Luboradzu, posłuszna córka, wybrała kandydata, którego wskazał jej ojciec. Wesele było pod koniec sierpnia. Przed kilkoma dniami urodził się im syn. Trochę za wcześnie. Tak bywa. Ale chłopiec jest silny i zdrowy. Teraz przynieśli go do chrztu. Słaba jeszcze, lecz piękna macierzyństwem Zuzanna promienieje ze szczęścia. Właśnie zbliżył się do nich z gratulacjami Albrecht von Säbisch. Ale nawet nie zaglądnął do becika. A szkoda, bo nigdy więcej nie będzie miał już okazji przyjrzeć się temu dziecku...

     We dworze w Luboradzu przyszło na świat jeszcze czworo innych. Jednak żadne nie było tak urodziwe i uzdolnione jak pierworodny syn. Studiował prawo i interesował się sztuką. Poprzez ożenek z jedną z panien von Reibnitz, pomnożył majątek wchodząc w posiadanie nowych włości z kilkoma folwarkami i pałacem. Nieustannie będzie go przebudowywał.

     Albrecht von Säbisch tymczasem, po ukończeniu budowy Kościoła Pokoju w Jaworze, przystąpił do realizacji jeszcze bardziej śmiałego projektu w Świdnicy. Dalej mieszkał we Wrocławiu, realizował zamówienia książąt brzeskich. Wiódł ciekawy żywot, przyjaźniąc się z interesującymi ludźmi epoki. Ciągle wzbogacał swoją cenną kolekcję miedziorytów i grafiki, powiększał księgozbiór. Nie zostawił po sobie potomków. Do śmierci w 1688 roku zachował stan kawalera, a cały majątek zapisał ewangelickiej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. Część jego wspaniałych zbiorów znajduje się obecnie w tamtejszej bibliotece uniwersyteckiej.

Przypominają o nim Kościoły Pokoju.




Tekst jest fragmentem książki Małgorzaty Lutowskiej "Powierzony klucz. Opowieść o niezwykłych losach protestantów na Dolnym Śląsku".

Kup książkę w naszym BAZARZE
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2009-02-15, godz. 09:48, Odwiedzin: 4713
Komentarze
niedobry, a nawet zły 2009-02-21 11:59
Dlaczego wojna trzydziestoletnia jest uznawana tu za najdłuższą w dziejach, skoro była wojna osiemdziesięcioletnia i stuletnia (która zreszta trwała znacznie więcej, niż 100 lat)? Czy 30 to więcej niż 100? To bardzo ciekawe.
No a kolekcja "miedziorytów i grafiki" to tak dobre, jak np. zbiór owoców i jabłek.
I o tym drewnie, niby zafascynowany, ale jednak konieczność... - to jakieś straszne bzdety. Może lepiej o zbieraniu grzybów...
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0898931026