http://www.ksiegarnia.naszesudety.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy
Losowy produkt
z BAZARU
Bystrzyca Kłodzka (antykwariat)

Artykuły

Przewodnik na szmuglerskim szlaku

Polka czy Niemka?

     - Zależy od sytuacji - śmieje się Maria. - Czuję się Niemką, kiedy się z kimś umawiam, a ten ktoś spóźnia się albo w ogóle nie przyjeżdża. Także wtedy, gdy ktoś mi coś obiecuje, a później się z tego nie wywiązuje. Wtedy budzi się we mnie Niemiec i poczucie, że to nie jest in Ordnung. Polką czuję się natychmiast, jak słyszę, że Niemcy zaczynają narzekać na polskie jedzenie.

     Maria Marciniak mieszka w przygranicznym Zittau i od lat jest przewodniczką i tłumaczem dla niemieckich grup odwiedzających swoją dawną ojczyznę, czyli tereny, które od 1945 leżą w granicach Polski. Jej podopieczni nie mają z nią łatwo. Nigdy nie wiadomo, która Maria weźmie w danej sytuacji górę - ta polska czy ta niemiecka.

     - Jedziemy na wycieczkę, a ja się zwyczajnie nabijam. Pytam: wiecie, jak się nazywają polskie psy rozjechane na polskich drogach? Hot-Dog! l to dziś będzie do jedzenia. A na obiad dostaniecie dobrze utuczonego Bernardino!

     Poczucie humoru ratuje Marię w wielu trudnych sytuacjach. Nie brak ich, gdy przeciera się zupełnie nowe szlaki w miejscach, które do wczoraj obłożone były zasiekami.

     Kilka lat temu pojechała do straży granicznej zapytać, czy wolno jej będzie poprowadzić wycieczkę na wzgórze Guślarz pod Jasną Górą. Guślarz był tradycyjnym celem niedzielnych, rodzinnych wycieczek dla niemieckich rodzin. Szczególnie pamiętały to dzieci, którym kupowano w czeskiej restauracji lemoniadę, a później pozwalano im na długi zjazd saneczkami, aż do samej Jasnej Góry. Miała być sentymentalna wyprawa. Tymczasem pogranicznicy nakrzyczeli na przewodniczkę, że wzgórze jest po czeskiej stronie i nie ma możliwości przekraczania granicy. Maria wróciła skwaszona, ale znajoma ją podniosła na duchu.

     - Co się martwisz? Jak cię zamkną w areszcie śledczym w Lubaniu, to ci będziemy przysyłać polską wałówkę!

     Wycieczka oczywiście się odbyła, i to niejedna. Tyle że grupy nie wchodziły na samo wzgórze. Wędrowali cichaczem skrajem polskiego lasu i czeskiej łąki, żeby popatrzeć choć z daleka (w tym przypadku zdecydowanie dominowała słowiańska natura Marii). Tak było aż do czasu wejścia do grupy Schengen i otwarcia granic. Potem rozesłano do Niemców zaproszenie na wycieczkę na wzgórze Guślarz. l było wyraźnie napisane, że tym razem nie szmuglerskimi ściekami, tylko oficjalnie. Zgłosił się pełniutki autokar chętnych! Niemcy szli przez tę nieszczęsną łąkę, której tak długo nie mogli deptać, głośno śpiewając sprośne piosenki. Ale sama góra ich rozczarowała. Po restauracji nie został ani ślad, a wszystko wokół zarosło, zasłaniając piękną panoramę. Najstarsza uczestniczka wyprawy miała 84 lata i szła wspierając się na kijkach.

Maria wśród „Krzyżaków"

     Młodziutka Maria wyjechała z grupą polskich dziewczyn do Niemiec, do pracy w zakładach tekstylnych, z zerową znajomością języka. Koleżanki biegały na dyskoteki, a ona brała do ręki książkę. Zaczęło szybko procentować. Po roku dołączyła dziewczyna z Mirska, po 4 latach nauki niemieckiego w liceum. Chciała się popisać swoją znajomością języka w rozmowie z majstrem. Po chwili majster wezwał Marię i poprosił: Maria, powiedz mi, co ona chce, bo ja nic nie rozumiem.

     W taki właśnie sposób Maria zaczęła tłumaczyć. W sumie przepracowała w zakładzie 3,5 roku, po czym wyszła za mąż za Niemca o swojsko brzmiącym nazwisku Marciniak - jego dziadek był rodowitym Polakiem. Mąż wojskowy ciągał żonę po całym NRD, aż wreszcie zakotwiczyli w przygranicznym Zittau, w 200-letnim, zabytkowym domu łużyckim.

     Początek lat 90. wyznaczył nową erę w życiu Marii. Tacy jak ona, dwujęzyczni, byli wówczas niezwykle poszukiwanymi pracownikami. - Rozrywano nas dosłownie - opowiada.

     Niemcy z zachodu wyobrażali sobie, że na wschodzie otworzyło się przed nimi eldorado. Ci, którym się nie udało wybić przez wiele lat na zachodzie, po roku 90. walili do wschodnich landów na hurra. Tu miał być zresztą tylko przyczółek, punkt wyjścia do ekonomicznej (tym razem) ekspansji na całą wschodnią Europę.

     - Trafiłam do takiej właśnie firmy. Czego ja się tam nasłuchałam... Myślałam sobie: „Krzyżacy" czy co? Mieli bardzo złe mniemanie o Polakach, o Europie wschodniej w ogóle, a nawet o wschodnich Niemczech.

     Firma z Bautzen chciała sprzedawać koparki Toshiby, a Maria miała być ich przedstawicielem i szukać kooperantów we Wrocławiu. Pojechała. A we Wrocławiu na jednej tylko ulicy siedziały aż 3 przedstawicielstwa Toshiby. Takie to były biznesy. Zresztą absurdów było znacznie więcej; sama słyszała o firmach, które zamierzały robić interes ucząc Polaków obsługi kalkulatorów...

     Dwaj bracia ze Schwarzwaldu wybudowali na polu truskawkowym wielką halę, a Maria miała być ich językiem w Polsce. Znalazła im partnera we Wrocławiu. Od czasu do czasu przyjeżdżała z Niemiec matka prezesów, zobaczyć jak sobie radzą. Kiedyś jechali do Wrocławia starą autostradą, a starsza pani pyta:

- Naa, Wschód już nasz. To co dalej?

A starszy syn na to:

     -  Poczekaj mamo, teraz jesteśmy w Breslau, a brat wybiera się wkrótce do Kijowa.

     Boom budowlany we wschodnich Niemczech bardzo szybko się skończył. Maria straciła pracę, bo firma zaczęła przynosić straty. Ostatecznie Niemcy wrócili do Schwarzwaldu z podkulonymi ogonami, po nieudanej ekspansji, a ich udziały wykupił obrotny Polak z Wrocławia. I wracali najprostszą drogą, wcale nie przez Kijów.

Co wyście zrobili z moją ojczyzną?

     Parcie Zachodu na Wschód skończyło się około 1995 roku. Maria została tłumaczką w Urzędzie Miasta w Goerlitz. Tłumaczyła proklamację Europa-miasta, uczestniczyła w odsłonięciu WAZE (Wizerunku Artystycznego Zjednoczonej Europy) na nadnyskim spichlerzu. Ale była dobra tylko tak długo, jak długo płacił za nią urząd pracy. Potem przestała być przydatna. Odnalazła się ponownie, łącząc funkcję tłumaczki z nowym hobby - wędrówkami szlakiem najświeższej historii. Nawiązała współpracę ze Stowarzyszeniem Dawnych Mieszkańców Bogatyni i Okolic i zaczęła oprowadzać jego członków po ich dawnym Heimacie. - Oni czują się ze mną bezpiecznie, nie boją się jechać, kiedy jestem z nimi. Wcześniej takie pojedyncze, prywatne wyprawy kończyły się bardzo różnie. Na przykład kogoś na Jasnej Górze pod Bogatynią obrzucono pomidorami, i to wydarzenie odstraszyło wiele osób.

     Ci, którzy teraz wracają do Bogatyni na sentymentalne wycieczki, zostali wyrzuceni ze swoich domów w ciągu 2 godzin. Był 1945 rok. Przez wiele tygodni 26 tysięcy niemieckich wysiedleńców czekało po drugiej stronie Nysy na możliwość powrotu do swoich domów. Ktoś puścił plotkę, że to tylko chwilowe wypędzenie. Że Ruscy i Polacy wyszabrują co się da, a później będzie można wrócić. Oczekiwanie przedłużało się jednak w nieskończoność. Kto miał rodzinę w Zittau, ten został. Kto miał bliskich w głębi Niemiec, ten jechał dalej. W tej chwili grupa osób pamiętających tamte wydarzenia jest już bardzo nieliczna. To 70-, 80-latkowie. Pierwsze wycieczki do Polski, które prowadziła Maria, zawsze zaczynały się od oglądania kopalni i elektrowni. Dla wielu to były bardzo trudne wycieczki, kiedy patrzyli w wyrwany w ziemi dół ze świadomością, że tam był kiedyś ich rodzinny dom. Ostatnia wioska, którą pochłonęła kopalnia, to były Rybarzowice.

    - Co oni zrobili z moją ojczyzną? - pytał jeden z Niemców, stojąc nad odkrywką. W takich sytuacjach Maria nie jest w stanie powstrzymać swojego słowiańskiego temperamentu i pyta: czy wiecie, co zrobiono z ojczyzną ludzi, którzy teraz mieszkają w waszych domach?

     - Niemcy dopiero teraz, ode mnie, dowiadują się, że obecni mieszkańcy Bogatyni przyjechali np. z Syberii!

     Maria, tłumaczka i przewodnik, niechcący stała się też nauczycielką historii, o której w dawnym NRD nie mówiło się w ogóle. Od 2001 roku poprowadziła niezliczoną ilość takich wycieczek. Wspomina pierwsze spotkanie niemieckiego stowarzyszenia ze związkiem Sybiraków bogatyńskich. Jeden z Niemców długo mówił o swoim żalu i tęsknocie za dziecięcą ojczyzną. Zosia Kulikowska, ówczesna dyrektor biblioteki, nie wytrzymała. Stęskniony Niemiec może w każdej chwili wsiąść w auto, przejechać granicę i popatrzeć na swój dawny Heimat. Krzyknęła: - A wie pan, gdzie leży moja dawna ojczyzna? Ja już tam nigdy nie wrócę!


[Katarzyna Matla – Nowiny Jeleniogórskie]
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2008-11-20, godz. 19:50, Odwiedzin: 3443
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.1150250435