http://www.alpenski.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy
Losowy produkt
z BAZARU
Sudety nr 132

Artykuły

Gdzie Bóg się wykazał, a ludziom przyszło żyć

     We Wrzosówce Bóg przyłożył się do swego dzieła. Tak mówią wszyscy, którym chce się zrobić dłuższy spacer z Lądka-Zdroju. Odmalował wszystko znakomicie: niekoszone kolorowe łąki na pucołowatych szczytach, poprzetykane gdzieniegdzie kępą drzew. W dalszej perspektywie na zielonym zboczu różowa rana kamieniołomu, a jeszcze dalej Łysieć.

     - No popatrz - mawiał do swej żony, Haliny, Kazimierz Hałajkiewicz podczas wieczornych spacerów, kiedy zawieszony nisko nad ziemią księżyc kąpał góry w swoim cudownym blasku - gdybym to wszystko odmalował takie, jakie jest, mówiliby: kicz jak jasna cholera.

     Pięknie? Na pewno. Ale niektórym Bóg tu kazał żyć.

     Przed wojną ta stara pasterska wieś była mała i biedna: 39 rodzin (90 mieszkańców), żadnej spółdzielni - niżej, w Lutyni, były dwie. l tam dopiero było bogato! Powojenni osadnicy tworzenie pasa przygranicznego uznali za błogosławieństwo i ochoczo opuścili wieś, domy się rozsypały. Zasiedlone są teraz tylko dwa. Dawną szkołę czteroklasową zajmuje wdowa po malarzu Hałajkiewiczu, drugi budynek - eksdyplomata Stanisław Obara.

    Przyjechał tu kiedyś Niemiec i opowiedział Halinie Hałajkiewicz tę część historii jej domu, której nie znała. Dawno temu ojciec przybysza, bezrobotny nauczyciel, szczęśliwy, że ma wreszcie etat, jechał do Heidelbergu (tak się przed wojną nazywała miejscowość - od borówek, a nie od wrzosu) z nadzieją, że wreszcie polepszy mu się życie. Ale dopiero tu się przekonał, jak może być ono trudne. Kiedy więc tuż przed wojną dostał pracę w Lądku - tu metafora nie będzie daleka od rzeczywistości - schodzili na dół piechotą jak na skrzydłach, uszczęśliwieni, że się wreszcie stąd wydostają. Nauczycielski syn - dzisiaj architekt - jedyne, co pamięta z dzieciństwa w tym domu, to straszne ilości śniegu i okrutne zimno.

     Stanisław Obara trafił do Wrzosówki kilkanaście lat temu prawie naturalnie, można powiedzieć. Po wojnie mieszkali z matką w Radochowie, potem w Lądku. Po studiach we Wrocławiu i u schyłku kariery w Warszawie to był kolejny życiowy etap - powrót do małej ojczyzny.

     Hałajkiewiczowie, zakochani w Lądku, długo starali się tam o pracownię malarską, w końcu zaproponowano im rozsypujący się budynek szkoły we Wrzosówce. Ruinka była, owszem, niczego sobie- nic, tylko uciekać, ale panią Halszkę urzekła... brzoza, która rosła za domem. Gdyby 25 lat temu były telefony komórkowe, mogłaby rzecz skonsultować z mężem.

     Ale jakie tam telefony, jakie komórkowe - zwykłych nie ma tu do dzisiaj, a z komórki na schodkach przed domem można nadać esemesa, ale już na internet za słaby sygnał.

     I „prysły zmysły", jak mówi piosenka. Ogromną tatrą z przyczepą pełną gratów wywleczonych z piwnic znajomych jechała w góry. Wiozła jeszcze twardą walutę tamtych czasów - alkohol. Za pieniądze w dobie reglamentacji towarów można było załatwić wiele, natomiast za wódkę - wszystko. W ich ruince do zrobienia było dużo, potrzebne było morze wódki, więc - żeby jej było więcej - zabrały z siostrą wódki kwintesencję, czyli spirytus.

    Zaczęło się fatalnie. Kierowca zabłądził i w środku nocy znaleźli się w kamieniołomie w Lutyni. Kiedy z trudem udało się zawrócić „zaprzęg", na ostrym podjeździe tuż przed Wrzosówką zarzuciło samochodem i przyczepa omal nie zjechała do potoku. Postanowili pójść spać, a po rozkraczony w lesie samochód wrócić rano. Błąkali się po zboczach jak potępione dusze. Najpierw w ciemnościach znaleźli ruiny kościółka, później dom sąsiada, w końcu ten pomógł im znaleźć ich własny dom.

     Halina Hałajkiewicz opowiada dzisiaj o tym nie tylko dla ubarwienia pogawędki przy herbacie ze smacznej źródlanej wody:

     - Mówię o tym, żeby odwiedzającym uzmysłowić, jak bardzo wtedy było trudno i że do dzisiaj nie jest tu zbyt słodko. Te góry są takie łagodne, ale to jednak góry. Mimo że te kopułki wyglądają tak niewinnie, tak kojąco, potrafią w jednej chwili tak dać w kość... i ja się o tym przekonałam setki razy.

     Jeden z życiowych egzaminów, zdanych celująco, miała na niemal pionowym zjeździe do Wójtówki. Bez hamulców, na pierwszym biegu, który chyba cudem udało się bez przeszkód wrzucić, zjechała swoim gazikiem na dół. Gdyby nie Roman Magierło, szef Klubu Miłośników Samochodów Terenowych i Weteranów Szos „Quattro" z Lądka-Zdroju, i jego twarda „terapia", nigdy by więcej do terenówki nie wsiadła.

     Przy tej przygodzie przeżycia ekipy telewizyjnej były pestką. Ostrzeżenia o trudnych warunkach dziennikarka zbyła krótkim: „Nie ma sprawy, mamy świetny, nowy samochód". Ale po upalnym południu przyszła burza, trochę wszystko rozmokło i terenówka „fuli wypas" zaryła się w błocie.

     - Nie miałam innego wyjścia, tylko swoim gazikiem wciągnąć ich na tę górkę. Niechętnie, bo wiem, że nie robię tego fachowo. Dowód tego mieli, kiedy zbyt gwałtownie wrzuciłam reduktor i tak szarpnęło, że o mało nie wyrwałam im całego przodu. Tak się tutaj może skończyć piękny letni dzień.

     Ale z pierwszych spędzonych tu wakacji (najpierw były to trzy tygodnie, w następnym roku już trzy miesiące) pamięta piękną słoneczną pogodę. Jakby te lata - wbrew temu, co teraz mówi - były wyłącznie słoneczne.

     Kiedy oczyścili swoją ścieżkę od drogi głównej i zrobili mostek nad potokiem, prawie wszyscy chcieli się przekonać, co jest na jej końcu. Zachodzili do nich na górę, obserwowali prace remontowe i pytali: „Panie, a co tu będzie?". Kaju, jak przyjaciele nazywali Hałajkiewicza, odpowiadał w zależności od humoru: a to, że kawiarnia, a to, że knajpa z piwem. W końcu któregoś dnia rzucił, nie wiadomo dziś, czy dla żartu, czy zadziornie, jak na zdenerwowanego Lwowiaka przystało: „Tu będzie galeria sztuki". Oczywiście nawet im to nie było w głowie. Kiedy wyremontowali pomieszczenie, w którym dziś jest naprawdę galeria, okazało się, że ma wyjątkowo dla malarza korzystne światło - północno-wschodnie. Hałajkiewicz ucieszył się, że będzie miał wreszcie pracownię z prawdziwego zdarzenia, luksus w porównaniu z warszawską klitką. Ale wtedy okazało się, że stary tynk ukrywał ładną kamienną ścianę, i szkoda było takiego pokoju na brudną pracownię malarską. Postanowili przynajmniej przywieźć z Warszawy obrazy upchane tam w pracowni, by nareszcie można było nimi nacieszyć oko. Nadal jednak miało to być miejsce wyłącznie dla nich. Tylko że ludzie ciągle tędy przechodzili, a pewnego razu byli to geolodzy prowadzący tu badania. Zaszli odpocząć - posiedzieli, obejrzeli obrazy i to oni właściwie przekonali, że może jednak pokazywać to turystom...

     - l wtedy mąż z właściwym sobie rozmachem zrobił tabliczki, z byle czego, ale za to z fantazyjnym napisem - po angielsku, rzecz jasna. Tabliczki zostały ustawione głównie w szczerym lesie, ale przy sklepie w Lutyni także. W Lądku wywiesiliśmy plakaty, i w ten sposób zrobiła się tu formalnie galeria - Kajówka. Jest do dzisiaj, mimo że Hałajkiewicz zmarł czternaście lat temu.

    - Po śmierci męża długo jeszcze chciałam, żeby wszystko było tak samo - opowiada wdowa. - Ten etap mam już za sobą. Wystarczy mi, żeby miejsce trwało, i potrafię już się pogodzić, ba - samej dokonywać jakichś zmian. Wiem, że nie będzie tak samo, bo to niemożliwe. Mój mąż należał do ludzi wypełniających każdą przestrzeń, szybko stających się jej centrum. Ja przemykam gdzieś w tle. Nie ma więc i nie będzie już tu tych rozmów, tych żartów. Kiedyś wielką atrakcją była możliwość zadania artyście pytania: „Dlaczego pan tak maluje? Mnie się to ani trochę nie podoba". Mąż miał dar mówienia o swojej twórczości bardzo zabawnie. Ta ławka, która stoi pod oknem, jest równie historyczna jak sławojka - Salon Odrzuconych, w którym wieszał, jego zdaniem, nieudane prace. Tę ławkę zrobił własnoręcznie, by mieć miejsce do szczerych rozmów z widzami. Siadywał na niej z ludźmi i odpowiadał na ich pytania. Prawie zawsze padało jedno: „Dlaczego pan nie maluje pejzaży?". Ucinał krótko: „Pan Bóg zrobił to tak dobrze, że ja nie będę poprawiał". Oczywiście malował pejzaże, ale się do tego nie przyznawał, wymawiał się doskonałością Stwórcy.

     Reakcje widzów bywają różne. Wchodzi gość do galerii i bez najmniejszego skrępowania, dumny ze swej szczerości, mówi z obrzydzeniem: „O Jezu, co za obrazy, ja bym nigdy nie powiesił takich w swoim domu. Okropnie by było na nie codziennie patrzeć". Gospodyni drąży: A źle się pan tutaj czuje? „Nie, tu jest bardzo przyjemnie". No to niech się pan rozejrzy, przecież nie ma tutaj żadnych mebli, stoi jakiś pniaczek, trzy krzesła i nic, tylko obrazy. To dlaczego się pan tu dobrze czuje? „Ojej, to chyba jednak przez te obrazy. Bo właściwie, jak się człowiek trochę im uważniej przyjrzy, to jest w nich coś".

     Ludzie, którzy nigdy do galerii by nie weszli, przekonują się, że na to, co dla nich było dotąd straszne, bo ma np. ponure kolory, można spojrzeć inaczej. A co najważniejsze - ten zwrot w ich świadomości dokonuje się bez nudnych wykładów, tak po prostu. Oczywista więc jest odpowiedź na pytanie: Czy warto to robić? A wątpliwości są tysiące i przychodzą nie raz, i nie dwa, przyznaje Halina Hałajkiewicz. Zawsze jednak wtedy przychodzą jacyś ludzie i przekonują, że warto. Albo przyjeżdżając wiosną, zastaje zatknięty za okiennicą liścik: „Przy stole przed pani domem zjedliśmy śniadanie wielkanocne. Była przepiękna pogoda i było cudownie".

     - W tym roku w środku remontowego piekła przyszła para-pan bywa w galerii od lat, zawsze kiedy jest w Lądku na kuracji. Zawsze też przynosi ze sobą buteleczkę alkoholu, i zawsze siadamy wszyscy, żeby wypić wspólnie kieliszeczek - tym razem usiedliśmy w tym bałaganie, w cementowym pyle. On nie wyobraża sobie pobytu w sanatorium bez wizyty w Kajówce.

     Stanisław Obara ma chyba mniej szczęścia do gości. Wprawdzie na drzwiach napisał: „Tu nie ma czego kraść", ale nie uchroniło go to od włamania. Jego goście rzeczywiście nie znaleźli niczego godnego ich uwagi, ale też nie docenili klasy tego, co im się trafiło. Pogardzili włoskimi makaronami, w które bogata była kuchnia (gospodarz jest w końcu romanistą i był na placówce dyplomatycznej w Rzymie), i zrobili z mąki proste placki, które smażyli na kuchennej blasze, polewając ją olejem.

     Ale to jeszcze nic w porównaniu z innymi gośćmi, choć w tym przypadku sporne jest to, kto i u kogo jest tu gościem, bo oni mieszkali tu jeszcze za Niemca, niejakiego Cotwalda.

     - Moją chałupę drąży, dokładniej - jej drewniane części, spuszczel, owad o łacińskiej nazwie Hylotrupes bajulus, na którego nie ma sposobu. Jego larwy zamieniają gruby bal w mąkę. Chcesz wbić gwoździa, a belka rozsypuje się w pył! Biedny Gotwald też nie potrafił szkodnika zwalczyć. Zatykał dziury - nie wiedział, że powstają one dopiero wtedy, gdy z gruntownie już zniszczonej belki wylatuje dorosła postać owada. Należałoby teraz całą więźbę dachową i wszystkie stropy zdjąć i spalić razem z owadzią zawartością, a na murach postawić nową. Tylko... tylko że była transformacja ustrojowa, stopniały moje życiowe oszczędności...

    Jakby na przekór tym pesymistycznym słowom za oknem ciepły deszcz skrapia sielski krajobraz.

     - Uwaga, stereotyp - ostrzega Halina Hałajkiewicz. - Od męża też ludzie oczekiwali, że „w takich pięknych okolicznościach przyrody" będzie malował pejzaże, a jeszcze lepiej, gdyby był malarzem ludowym. Niech pan nie napisze tekstu z przesłaniem: „jakie to romantyczne, ludzie z miasta uciekają, żeby obcować z naturą". Broń Boże! Czasem to nie my, lecz miejsca wybierają nas. Zadziała przypadek, a potem, kiedy włożyłeś w coś wysiłek, zrobiłeś coś własnymi rękoma, już się nie wyplączesz. Miejsce trzyma cię i nie jesteś w stanie się go wyrzec.

     Ale przede wszystkim to nie musi być ucieczka. Wewnątrz chyba w każdym z nas tkwi naturalna potrzeba migracji - ruchu. Jedni realizują ją, podróżując, a jeszcze inni, tak jak my tu - poruszając się w życiu między kilkoma wybranymi przez siebie i uznanymi za swoje miejscami.

     Poza tym ten stereotyp obcowania z naturą! Jak mnie użądli osa, to jestem wściekła na taką naturę. Kiedy wchodzi mi w obejście kozioł i obgryza w ogrodzie co chce, to jak tu kochać naturę?!

     Tu jest pięknie, kiedy pali się w kominku. Ale ja widzę także tony drewna, które muszę tu przynieść, i tony popiołu, które muszę wynieść. Gdyby mieć niewolników albo służbę, można by było widzieć wyłącznie piękno.


[Maciej Zalewski – Sudety]
Fot. Remigiusz Żukowski
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2008-11-02, godz. 17:48, Odwiedzin: 4359
Komentarze
bogusław pąklak 2009-12-12 00:24
Muszę przyznać że dużo jest tu prawdy,ja tam też byłem i pewnie pierwszym z odwiedzających Wrzosówkę,pozdrowienia dla Halinki.Wiosną wybiorę się w tamte piękne strony z nadzieją na spotkanie...i natury.
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0993609428