http://www.alpenski.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Ratownictwo górskie w Karkonoszach ma 100 lat

     Na widok Karkonoszy jeden z górali tatrzańskich powiedział do drugiego: "Franuś, widzis ty tu jakie góry?". "Dyć, nie widze", odparł Franek. "No to i pogotowie niepotrzebne ", stwierdzili. O stuleciu ratownictwa górskiego w Karkonoszach opowiada Stanisław A. Jawor*.

     Aneta Augustyn: Kto stworzył ratownictwo w Karkonoszach?

     Stanisław A. Jawor: - Doktor Otto Bruckow, właściciel sanatorium przeciwgruźliczego, jesienią 1908 roku założył w Krummhübel, czyli dzisiejszym Karpaczu, Kolumnę Sanitarną Niemieckiego Czerwonego Krzyża z sekcją ratownictwa górskiego. Wciągnął do współpracy Maksa Frömberga. Jeden z bogatszych mieszkańców Karpacza, który dorobił się majątku na handlu artykułami sportowymi i książkami, m.in. w kioskach na dworcach kolejowych w Prusach, był również znakomitym narciarzem i mistrzem Niemiec w bobslejach. Po I wojnie światowej to on objął kierowanie karkonoską Kolumną, i to z takim talentem, że uznano ją za najlepiej działającą służbę ratownictwa górskiego w całych Niemczech. Frömberg był także konstruktorem "karkonoskich sani", czyli metalowej łódki na drewnianych płozach, którą można uznać za prototyp akii, na jakiej dziś zwozi się ofiary z gór. Początkowo rannych transportowano latem w lektykach, a zimą w tzw. saniach rogatych, służących do zwózki drewna. Od lat 20. właściciele schronisk zimą dobrowolnie utrzymywali na swój koszt ratownika i wozaka z koniem do wciągania sań.

     Kolumna była pierwszą organizacją ratownictwa górskiego poza Alpami. Bardzo potrzebną, bo Karkonosze choć pozornie łatwe, bywają zdradliwe.

     Tak, są niewysokie, ale o surowym alpejskim klimacie, z gwałtownymi zmianami pogody i niebezpiecznymi kotłami polodowcowymi. Nie na darmo Czesi nazywają je "arktycznymi wyspami w sercu Europy". Ludzie dają się zwieść tej pozornej łagodności, a potem błądzą, spadają w przepaście, zamarzają albo giną w lawinach. W ciągu ostatnich 50 lat tylko po polskiej stronie Karkonoszy zginęło ponad sto osób! Znany jest przypadek zamarznięcia w górach kilkunastu pielgrzymów w noc świętojańską w 1654 roku. Pół wieku później, w lawinie śnieżnej w Białym Jarze, zginął gospodarz dzisiejszej "Strzechy Akademickiej" Samuel Steiner, który próbował ratować turystę. Latem 1828 roku w bagnach na Równi pod Śnieżką utonął podróżnik Józef Odrowąż-Pieniążek. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Wypadków było bardzo dużo, bo wielu turystów wędrowało górami od schroniska do schroniska, czyli od kufla piwa do kufla piwa.

     Każdy mógł należeć do Kolumny?

     Zapisywali się do niej ludzie różnej profesji i statusu, od tragarzy lektyk po majętnych właścicieli sklepów. Członkostwo w Kolumnie nobilitowało i dlatego należały do niej całe rodziny, włącznie z kobiecym Oddziałem Pomocnic. Kolumna utrzymywała się z pieniędzy sponsorów i dotacji Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Był taki zwyczaj, że w sylwestra i na Margaretetag (czerwcowe imieniny Małgorzaty) "kolumnowcy" kwestowali na szlakach turystycznych i schroniskach.

     Ratownicy, nazywani też "sanitariuszami", działali naprawdę aktywnie: opracowali system alarmowy, patrolowali góry wyposażeni w narty dostarczane bezpłatnie przez fabrykę z Gryfowa, sanie "karkonoskie" albo improwizowane tobogany z brezentu naciągniętego na narty.

     Wiemy coś o ich akcjach?

     Z corocznych sprawozdań wiadomo m.in. o poszukiwaniach lekarki Małachowskiej z Breslau, która zimą 1924 zamarzła kilkadziesiąt metrów od schroniska Samotnia. Rok później, w Boże Narodzenie, ratownicy próbowali dotrzeć na Równię pod Śnieżką, po rannego niemieckiego narciarza. Niestety, koń ciągnący sanie zapadł się w śnieg powyżej łba i najpierw ratowano zwierzaka. W sumie transport nieszczęsnego narciarza trwał ponad jedenaście godzin. Przeżył.

     W książce telefonicznej Karpacza z 1946 roku pod literą "F" widnieje: "Frömberg, Górskie Pogotowie Ratunkowe, zgłaszanie wypadków, Karpacz 255". Niemieccy ratownicy nadal działali po wojnie, już na polskich ziemiach?

     Tak. W 1945 roku polska administracja na Dolnym Śląsku zatrudniała Niemców na tych stanowiskach, w których brakowało polskich specjalistów. Reaktywowano więc i dwie stacje pogotowia górskiego, w Szklarskiej Porębie i w Karpaczu. Szefem karpackiej został Max Frömberg, który ze względu na żonę Amerykankę pozostał w swoim domu aż do marca 1950 roku. Był znakomitym ratownikiem. Jego syn Reiner M. Frömberg, z którym koresponduję, wówczas czternastolatek, kierował transportem polskiego żołnierza, który przypadkowo został postrzelony przez kolegę na strażnicy pod Śnieżką. Jeszcze przez kilka lat po wojnie mieszkający tu Niemcy pomagali przy organizacji zawodów czy w akcjach ratunkowych. Zimą 1947 roku na pomoc polskim oficerom zasypanym w lawinie śnieżnej w Kotle Łomniczki wyruszyli też niemieccy sportowcy: narciarka Rosemarie Schiller i saneczkarz Kurt Weidner.

     Niemcy pomagali ofiarom wspólnie z zakopiańczykami, których ściągnięto do kolonizowania "gór odzyskanych". Ponoć górale nie mieli Karkonoszy w specjalnym poważaniu.

     Po wojnie władze uznały, że najlepsi do polonizowania tych terenów będą górale tatrzańscy. Oferowano im mieszkania, pracę w administracji państwowej i tereny pod wypasy owiec. Wieść niesie, że na widok Karkonoszy jeden powiedział do drugiego: "Franuś, widzis ty tu jakie góry?". "Dyć, nie widze", odparł Franek. "No to pogotowie niepotrzebne ", stwierdzili.

     Zakopiańczycy, którzy przyjechali na "Dziki Zachód" dzielili się na dwie grupy. "Starzy", w tym Stanisław "Dziadek" Marusarz, który postawił w Karpaczu skocznię narciarską i oddał tam pierwszy skok, oraz Jerzy Ustupski, narciarz, również przedwojenny olimpijczyk, który w Karpaczu został dyrektorem uzdrowiska. Dzięki jego koneksjom w 1946 roku pod Śnieżką rozegrano "Silesjadę", pierwsze polskie masowe zawody narciarskie, które miały podkreślić przynależność Karkonoszy do Polski. O ironio, przy tej propagandowej imprezie pomagali Niemcy: Kurt Weidner wytyczał trasy biegowe i tor slalomowy. Wszystko odbyło się z rozmachem: były wspaniale nagrody, przyjechali najlepsi narciarze z Zakopanego, a ponieważ zaangażował się sam minister handlu i przemysłu, każdy zawodnik dostał krótki kożuszek albo materiał na garnitur z amerykańskiej UNRRY. "Silesjada" do tego stopnia spodobała się premierowi Cyrankiewiczowi, że w nagrodę zrobił potem Ustupskiego burmistrzem Zakopanego.

     Wśród Podhalańczyków, którzy zaraz po wojnie wybrali Karkonosze, była też grupa "młodych". Niektórych do wyjazdu nakłaniały problemy: słowacki przemyt, AK-owska przeszłość lub niechlubna działalność w Goralenvolk. Któregoś dnia Ustupski zwołał młodych: "Jesteście góralami, wiecie, co to góry i honor, to jak będzie trzeba, pójdziecie na ratunek." Tak skrzyknęła się nieformalna ekipa ratownicza, do której za wielu chętnych jednak nie było. Oficjalnie dopiero w 1952 roku powołano Sudeckie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, które potem podzieliło się na grupę karkonoską i wałbrzysko-kłodzką. Od tego czasu ratownictwem zajęły się całe rodziny - choćby Kieżunie, Czarneccy, Jaśkowie, Klamutowie, Nakielscy, Kosterkiewiczowie, Jaxa-Rożenowie i inni.


* Stanisław A. Jawor - ratownik-ochotnik GOPR, geograf, przewodnik sudecki, pomysłodawca obchodów stulecia karkonoskiego ratownictwa.

[Aneta Augustyn - Gazeta Wrocławska]
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2008-10-28, godz. 15:05, Odwiedzin: 3745
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0786781311