http://www.alpenski.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy
Losowy produkt
z BAZARU
Mierzeja Helska

Artykuły

Teraz świat przyjeżdża do nas

     Dobków nie jest kurortem, niczym się nie wyróżnia, ot, typowa wieś łańcuchowa – zmora kierowców (wąska, kręta droga i domy ciasno przylegające do ulicy). Jednak to tu właśnie mieści się najlepiej rozreklamowane gospodarstwo agroturystyczne w powiecie złotoryjskim Villa Greta. Właściciele - Ewelina i Krzysztof Rozpędowscy - to młodzi ludzie, pełni zapału i nowatorskich pomysłów.

W drodze do Indii

     Historia Eweliny i Krzysztofa jest niezwykła, bo przecież nieczęsto spotyka się przyszłego męża w drodze do Indii. Ale po kolei: Ewelina pochodzi z centralnej Polski. W 1998 roku była studentką geografii na krakowskiej uczelni. Wówczas to zdecydowała się na półroczny urlop, by wraz ze znajomymi wyruszyć w podróż do Indii i Nepalu. Pojechali południową drogą lądową przez Turcję, Iran i Pakistan - ta trasa wydawała się bezpieczniejsza, bo z daleka omijała Afganistan, gdzie wówczas rządzili talibowie. Między Iranem a Pakistanem jest jedno przejście graniczne w Quetcie, tam spotykają się wszyscy podróżujący w kierunku Indii. Pociąg przejeżdża tamtędy raz na kilka dni, a kiedy wreszcie się pojawia, jest tak przeładowany, że cudem jest wsiąść do niego. Dziewczęta czekały na transport w starej postkolonialnej poczekalni dla dam, a chłopcy poszli kupić bilety. Wracając, przyprowadzili jeszcze ze sobą dwóch białych mężczyzn. Jednym z nich był Krzysztof - student Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Jego podróż nie wynikała z geograficznych fascynacji. Wraz z przyjacielem, ornitologiem z zamiłowania a weterynarzem zawodu, chciał zgłębić klimaty Indii, ponieważ urzekła go filozofia i kultura regionu. Już wcześniej uprawiał jogę, był wegetarianinem.

     W Quetcie się rozstali. Pociąg, na który udało się dostać grupie Eweliny, jechał do Lahore, na północ Pakistanu, czyli do kolejnego przejścia granicznego - tym razem z Indiami. W Lahore spotkali się ponownie i od tego momentu podróżowali już razem. Było to szczególnie ważne, gdyż w grupie Eweliny dominowały kobiety, a nie jest to dobry układ podczas podróży, szczególnie tak dalekiej i egzotycznej. Wspólnie dotarli do Nepalu i z powrotem. Krzysztof tak zżył się z towarzyszką podróży, że od 2003 roku są małżeństwem, a od sierpnia tego roku rodzicami małej Antoniny.

Babcia Greta

     Po ślubie zamieszkali w Dobkowie. Nie było to ich wyśnione miejsce. Planowali zupełnie inaczej. Może podróże, może emigracja. Jednak los spłatał im figla. W zasadzie to babcia Krzysztofa – Greta Wittwer nieświadomie przyczyniła się do wszystkiego. Tak naprawdę miała na imię Małgorzata - Gretchen. Była Niemką. Jedyną, która została we wsi po wojnie. Inni uciekli lub zostali deportowani, a ona zakochała się w polskim żołnierzu Janku Kowalskim, który szedł z armią spod Łucka na Berlin. Zaszła w ciążę i już nie wyjechała „do swoich”, czyli matki i sióstr. Dziadek kresowiak miał posłuch, temperament i odwagę, by załatwić pozwolenie na ślub z Niemką. I takim sposobem Babcia Greta mieszkała kolejne lata w rodzinnym domu, który w miarę upływu lat, kiedy najbliżsi odchodzili czy wyjeżdżali, stawał się dla niej za duży i za stary. Jej też czas nie oszczędzał. Kiedy Babcia umarła, rodzina zamierzała sprzedać dom. Wtedy Ewelina i Krzysztof podjęli życiową decyzję.

Villa Greta

     Zrezygnowali z dotychczasowego życia w Krakowie, planów, kariery naukowej i przyjechali do Dobkowa. Postanowili przywrócić świetność domowi Babci. Nie było to łatwym zadaniem. Warunki mieli spartańskie. Dom wymagał gruntownego remontu, aby można było w nim zamieszkać. Na szczęście mieli wystarczające środki, żeby podołać zadaniu (przez rok pracowali w Stanach). Jednak najtrudniej było im od nowa zbudować świat wokół siebie, i wcale nie ten materialny, lecz przede wszystkim emocjonalny.

     Długo czuli się tu obco - szczególnie Ewelina jako „żona z importu”. Pierwsze znajomości nawiązała, kiedy poszła do pracy. Rok uczyła języka angielskiego w świerzawskiej szkole. W 2005 roku państwo Rozpędowscy zarejestrowali gospodarstwo agroturystyczne. Nazwali je  Villa Greta, co jest wieloznacznym nawiązaniem do przeszłości. W tradycyjnej nazwie Dobkowa występowało kiedyś słowo Villa (Villa Helmrici), poza tym takim mianem określano duże gospodarstwa rolne, dlaczego Greta - to oczywiste - po Babci.

Otwarci na świat

     Mimo że dom był jeszcze daleki od ich wyobrażeń, rozpoczęli działalność, by pozyskać fundusze unijne na rozwój przedsięwzięcia. Postawili na reklamę. I to przynosi efekty. W sezonie mają 90% obłożenia. W ubiegłym roku ponad 370 osób odwiedziło Villę Gretę. Jest to dziwne, biorąc pod uwagę, że w Dobkowie nie ma nic atrakcyjnego z naszego punktu widzenia. Jednak do państwa Rozpędowskich trafiają najczęściej goście zza granicy (gospodarze władają językiem niemieckim i angielskim), dla których 100 kilometrów do Wrocławia czy 50 w góry nie stanowi żadnej przeszkody. Dobków traktują jako bazę wypadową i azyl, gdy zmęczy ich wielki świat. Goście z Polski też upodobali sobie Dobków.

     Przyjeżdżają przedstawiciele tzw. wolnych zawodów: dziennikarze, artyści, ale też informatycy, dla których gospodarze przygotowali stałe łącze internetowe. Krzysztof i Ewelina teraz realizują się najbardziej. Zdają sobie sprawę, że na początku mieszkańcy z Dobkowa sceptycznie odnosili się do ich  pomysłu, by zrobić gospodarstwo agroturystyczne we wsi. Nie brakowało kpin i kąśliwych uwag. Jednak udało się. Villa Greta funkcjonuje i prosperuje. I co ciekawe, Rozpędowskich martwi brak konkurencji w Dobkowie. Zdarza się, że u nich już nie ma miejsc i muszą odsyłać potencjalnych gości do innych miejscowości, a przecież mogliby na tym zarabiać „swoi”. Ewelina zadowolona jest jednak ze współpracy z tutejszymi ceramikami (z których Dobków słynie) i pszczelarzami.

Smak tradycji

     Dla gości warsztaty garncarskie czy miód z pasieki lub odlane domowym sposobem świece z wosku to nie lada atrakcje. Turysta czuje, że poznał prawdziwą wieś. Sprzyja temu również atmosfera domu. Urzeka kuchnia, którą zdobią piękne, stylowe meble robione na zamówienie u stolarza. Na półkach stoją gliniane naczynia, ze ścian spoglądają protoplaści rodu. W kącie kuchni „pracuje” swojskie wino z dzikiej róży. Żyć, nie umierać! Ewelina twierdzi, że aranżacja wnętrza wynika z ich upodobań i potrzeb. To jest wciąż ICH dom, w którym przyjmują gości, a nie odwrotnie.

     Na podwórzu brakuje jednak śladu koni, krów czy kóz. Niedopatrzenie? Nie, Ewelina twierdzi, że goście, którzy przyjeżdżają do gospodarstw agroturystycznych najczęściej lubią wieś, ale taką sielankową: czystą, higieniczną, bez smrodu, much. I to im trzeba zapewnić. Poza tym gospodyni ma swoją filozofię, według której zupełnie inaczej widzi rolę zwierząt w naszym życiu.

Gość w dom

     Nieustanna gotowość do przyjęcia gości, ciągła dyspozycyjność mogą męczyć. Gwar, życie na wysokich obrotach i świadomość, że ktoś obcy śpi pod moim dachem - to doznania każdego właściciela gospodarstwa agroturystycznego. Nie są i one obce Ewelinie. Jednak goście to dla niej odskocznia od otoczenia. Lekarstwo na problemy codzienne. Gospodyni twierdzi, że nie musi oglądać katalogów mody, czytać o nowych trendach w tej dziedzinie, wystarczy, że zobaczy jak ubierają się „jej” turystki. Dzięki tym ludziom Rozpędowscy mają okno na świat, „nie duszą się”. Nie cierpi tak dusza globtroterów, kiedy świat przychodzi do nich.


[Iwona Pawłowska – Echo Złotoryi]

Zobacz także:
- Magia tradycji w Dobkowie
- Nie chcą wpuścić do wsi tirów z padliną
- W miejsce norek Holender podkłada świnię
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2008-10-13, godz. 19:58, Odwiedzin: 3972
Komentarze
ola 2008-10-14 21:56
cena wyzsza niz w zakopcu
Jacek 2008-10-15 08:34
E, to już normalna cena przy takim standardzie. A z artykułu wynika, że to miejsce z klimatem, a nie pokój kątem u rolnika ;-)
Poza tym: co tam Zakopane...
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0843310356