http://www.ksiegarnia.naszesudety.pl
Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Lawina stulecia - Biały Jar, 20 marca 1968 r.

Z zapisu w księdze pamiątkowej Domu Wczasowego „Leśny Zamek" w Karpaczu.
Relacja naocznego świadka.

"Lawina w Białym Jarze jest jedną z największych jakie miały miejsce w Polsce. Długa ponad 1000 m, szeroka na 40 m, przeciętna głębokość sięga 3 m, a czoło lawiny przekracza wysokość 20 m."

Gazeta Robotnicza 22.03.1968


     Nasz turnus rozpoczął się dn. 18.03.1968 r. Jechałyśmy z siostrą z brudnej rozchlapanej deszczem Łodzi, spragnione naturalnego, zdrowego wypoczynku po całorocznej, wyczerpującej pracy. Bierutowice tonące w puszystym białym śniegu, wydały nam się krainą z baśni. Po bardzo miłym przyjęciu przez pana Kierownika H. Gutmańskiego i rozlokowaniu się w DW "Leśny Zamek 3" – byłyśmy spokojne o nasz urlop – wierzyłyśmy, że będzie udany...

     Trzeci dzień powitał nas piękną pogodą. Słońce roziskrzało intensywną biel śniegu, zapraszało wprost na wędrówkę. W czasie śniadania uzgodniłyśmy, że najlepiej będzie, gdy pójdziemy gdzieś wyżej, skąd będzie można ogarnąć okiem jak największą część Doliny Jeleniogórskiej i okolicznych gór. Najdogodniejszym punktem wydała nam się Kopa, w dodatku zachęcał wyciąg. Niestety okazało się, że był nieczynny, jak opiewała kartka w okienku kasy, z powodu silnego wiatru.

     Znając dobrze Tatry, gdzie bywałyśmy na urlopach przez wiele lat z rzędu, o każdej porze roku, zdecydowałyśmy się iść na Kopę (1375 m). Z przewodnika "Karpacz i okolice" Tadeusza Stecia wiedziałyśmy, że prowadzi tam szlak, zwany „Drogą Śląską", czarno znakowany. Autor określał drogę jako łatwą. Taka też nam się wydała. Idąc przez las czułyśmy wiatr, ale przecież nie taki znów duży. Widocznie więcej osób doszło do podobnego wniosku, bo równocześnie z nami ruszyła grupa narciarzy, przed którymi też było już kilka osób.

     Szło się świetnie. Co prawda żal nam było słońca, bo drogę ocieniał las, ale tym bardziej cieszyłyśmy się na to, jak pięknie będzie w górze – ta biel śniegu, słońce. Do poręby droga była szeroka, można było iść grupkami. Wymijałyśmy się często z narciarzami, jak wynikało z ich rozmów – Niemcami. Dalej za szeroką polaną po prawej stronie droga zwęziła się, śniegu było więcej tak, że trzeba było iść gęsiego. Podejście stało się bardziej strome, ale za to białe szczyty oraz zbocze Złotówki zachęcało do wytrwałego marszu. Wyobrażałyśmy sobie jak piękny widok będzie z samego szczytu ścieżki, która widocznie skręcała w lewo.

     Niemcy zmęczeni niesieniem nart pozostali w tyle. Nadchodziły następne grupki ludzi. Tymczasem od zbliżających się zboczy Białego Jaru dmuchnął silniejszy wiatr sypiąc w oczy zmiecionym śniegiem. Ścieżka była coraz bardziej stroma. Po lewej stronie jeszcze las, ale po prawej skraj ścieżki oblodzony, ogołocony przez wiatr. Niżej coraz bardziej stromo opadał wąwóz Złotego Potoku. Rosły w nim drzewa – ale to wszystko w dole. Nasza ścieżka przestała być gościnną drogą do krainy słońca – stała się półką brzegu wąwozu. Wiatr utrudniał poruszanie się.

     Para młodych ludzi idąca cały czas przed nami wróciła. Wróciło też kilka osób idących przed tą parą. Ale z dołu idą nowi. Tym razem Rosjanie. Nie boją się śliskiej ścieżki, nie odpycha ich silny wiatr. Są młodzi – ciekawi. Obcy, nowy i piękny kraj, trzeba zobaczyć jak najwięcej. Schodząc ze ścieżki przepuszczamy ich – im się śpieszy. Jedna z dziewcząt prosi kolegę by zaśpiewał. Wiatr zagłusza melodię. Posuwamy się dalej, trzeba się schylić, aby być jak najmniejszym punktem oporu dla wiatru – jest tak silny, że chwilami odpycha w tył. Jednakże zakręt już bliski. Znowu stajemy, znowu przysuwamy się do ośnieżonego zbocza, bo mijają nas dwie dziewczyny – Rosjanki i trzech starszych panów.

     Jesteśmy zmęczone. Nastrój krajobrazu, tak radosny początkowo, zmienia się w groźny. Siostra stwierdza, że dalej nie chce iść. Ten wiatr tak dmie, wyje, a tu bardzo stromy spadek. Proszę ją, żeby jeszcze tylko tych kilka kroków – tylko do zakrętu, który jest tuż, tuż przed nami. Znowu krok – przed nami plecy ostatniego z mężczyzn widzimy na tle zakrętu!

     W tej samej chwili zadymiło, szurnęło mocno śniegiem! Całe zbocze przed nami rusza, rusza cała ściana śniegu wprost na nas! Skaczemy w lewo, w kierunku drzew. Siostra krzyczy:
     – Lawinaaa!!!
     – Do drzew! Trzymajmy się!!!

     Śnieg sypki, sięga za kolana, zdołałyśmy zrobić dwa kroki, a już zakręt – cel naszej drogi – piętrzy się górą olbrzymich pryzm. Obok tuż tuż, suną w wąwóz (głębokość ok. 20 m) masy śniegu. Na naszych oczach przestaje on istnieć. Bezgraniczne przerażenie i myśl – a co z ludźmi, którzy parę sekund temu byli przed nami!!?

     Raptem widzimy jak z drugiej strony wąwozu, z wolniej już płynącej lawiny, wyłania się człowiek, chwiejnie poruszając się, w stale jeszcze ruchomym śniegu. Z dołu dobiegają dwie młode dziewczyny. Wszystkie cztery wrzeszczymy do niego – W górę!!! W górę!!! Naturalnie on nic nie słyszy, porusza się nadal w dół, niknie za drzewami.

     Wiatr wyje teraz przeraźliwie. Zagłusza wszystko. Nagle, obok nas, z góry, wyskakuje mężczyzna. W jesionce, bez buta. Orientujemy się, że to jeden z Rosjan, którzy nas mijali – Jest cały!!! 

     – Gdzie reszta!!? – wrzeszczymy.
Odpowiada i powtarza to kilka razy:

     – Ja adin!!! Ja adin!!! – Biegnie w dół i ginie nam z oczu.

     Staramy się wycofać, czepiając się gałęzi drzew, kilka kroków do tyłu, wał śniegu przed nami jest wciąż groźny – przecież może znów ruszyć. Z dołu dobiegają Niemcy, pomagają nam wydostać się z zaspy. Wszyscy wiemy, że tuż za zakrętem znikło przed sekundami tylu ludzi – gdzie oni są!!? Przez szum wiatru słyszymy – Na pomoc! Na pomoc!

     Niemcy niżej zbiegają do brzegu lawiny, pokazują  coś sobie! Gorączkowo biegając po ścieżce, patrzymy, czy w zaspach jeszcze kogoś nie widać. Dobiegają z dołu chłopcy, z jakiegoś klubu sportowego, którzy wyruszyli na bieg treningowy. Razem z Niemcami schodzą do lawiny. Jest już GOPR, WOP i nagle dużo ludzi. Pytają ile było osób? Zorientowałyśmy się, że z osób, które nas mijały, nikt nie przeżył – wszyscy zginęli!!!

     Po chwili prowadzą z lawiny Niemca. Pokiereszowany, potłuczony, jest w szoku, nic nie wie. Ściągają go w dół. Znowu ktoś z goprowców woła – Jest! Ciągną dziewczynę – nie żyje. Poznajemy jedną z Rosjanek. Potem wyciągają dwóch Polaków (jeden z nich, to ten, którego zobaczyłyśmy po drugiej stronie lawiny) – żywi, jeden nawet odpowiada przytomnie. Układają ich na tobogany i zwożą.

     Ponieważ opowiedziałyśmy już przebieg wydarzenia i podałyśmy (w przybliżeniu oczywiście) ilość mijających nas przed tym fatalnym zakrętem osób, byłyśmy już niepotrzebne. Akcja ratunkowa została rozpoczęta – mogłyśmy wracać do domu. 

     ...Wracałyśmy z krawędzi śmierci...

     Byłyśmy poruszone i wstrząśnięte do głębi. Tylu młodych, zdrowych ludzi zginęło jakże tragicznie i niepotrzebnie! Nie zdawali sobie sprawy, że góry zawsze są groźne... Ogółem zginęło 19 osób.

     Dobrze zorganizowane przez Kierownictwo DW "Leśny Zamek" wczasy oraz przyjemna atmosfera i opieka jaką otoczył nas Pan Kierownik pozwoliła, mimo tak tragicznych przeżyć, otrząsnąć się z przygnębienia i nabrać sił do dalszej pracy.

MR z Łodzi
Bierutowice 27.03.1968 r.

drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2005-05-15, godz. 18:08, Odwiedzin: 16303
Komentarze
lisek 2007-12-03 21:50
bylem na obozie sportwoym w borowicach (k. Karpacza) i szlismy na sniezke ja z kolega chcielismy zaoszczedzic sil i poszlismy na wyciag ale byl zamkniety i musielismy isc oblodzonym szlakiem w adidasach tym samym co jest tu dobrze opisany szlismy ale warunki pogodowe byly rowniez piekne jak opisane powyzej tylko ze bylo to pod koniec listopada dochodzilismy do zakretu na sniezke i pojawila sie tabliczka UWAGA ZAGROZENIE LAWINOWE niezdawalismy sobie sprawy jakie mogly by byc konsekwencje i niewiedzielismy o tej tragedii a na samej sniezce ratownicy GOPR powiedzieli ze odwazni jestesmy ale nastepnym raem mamy omijac ta trase
Kate 2008-03-23 07:13
Odważni? głupi, nie odważni....potem ktoś naraża życie ratując takich pacanów
Krystyna Sulkowska 2008-12-12 21:30
Mój szwagier BOCHNIAK ZYGMUNT/ZDZISŁAW/-
pełnił wówczas funkcję ordynatora chirurgii w szpitalu w Kowarach.Próbował nam opowiadać
o tej tragedii,o ludziach,którzy trafili do Niego i
potrzebowali pomocy,których ratował.
Opowieści starszego Pana nie budziły mojego
zainteresowania.Dziś,kiedy Go zabrakło-zmarł
06.12.2008r., ubolewam,że tak mało miałam
cierpliwości .Może odezwie się ktoś,komu mój
szwagier,dr Zygmunt Bochniak pomógł.Może
ktoś Go pamięta?Kochał medycynę i ludzi,a ja
tak bardzo żałuję,że nie słuchałam Jego opowieści.
kinga formela 2009-11-16 16:29
ooooo bomba
karo 2009-12-30 19:08
"Znając dobrze Tatry, gdzie bywałyśmy na urlopach przez wiele lat z rzędu, o każdej porze roku, zdecydowałyśmy się iść na Kopę (1375 m)." Nie wiedziałam że Karkonosze i Tatry leżą w tym samym miejscu.
wioletta świerżewska 2010-02-10 18:49
wróciłam 7 lutego 2010r. z karpacza,byłam tam z córka i jej chłopakiem chcieliśmy wejsc na śnieżkę więc wiechaliśmy kolejka na kopę a potem do góry na sam szczyt śnieżki,warunki były makabryczne wiał silny wiatr i nic nie było widam mróz i dookoła białe mleko!jak schodziliśmy ze śnieżki cały szlak był ośnieżony i oblodzony było ciężko! ale najgorsze przed nami spóżniliśmy się na powrót na kolejkę było po 16 już godz.a kolejka tylko do 16 więc co robic jak wracac? wracaliśmy czrnym szlakiem w kierunku białego jaru wszędzie oznakowania lawiny ten sdzlak ma 7km200m śniegu po kolana ciężko się szło córki chłopiec nas poganiał bał się ale nie panikował zaczęło się robic szaro prosił aby być cicho bo lawiny ten szlak ponad 7km preszliśmy w 50 min jak doszliśmy do drogi dopiero się przyznaliśmy jak się baliśmy córki chłopiec miał łzy woczach dziękujemy BOGU że nic się nie stało nam.
forest 2010-08-08 20:56
Karkonosze to nie Tatry, takie sobie ,,pagórki", ale ludziska drogie trzeba wszystko przemyśleć zanim się wyruszy, góry są piękne, a zarazem wymagające, pogoda nieprzewidywalna, nie przeceniajmy swoich możliwości i pomyślmy o Ratownikach zanim wyruszymy, lepiej niech spokojnie doskonalą umiejętności na dole niżby mieliby je sprawdzać w praktyce. Do zobaczenia na szlakach i tyle samo powrotów co wyjść.
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0681569576