Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy
Losowy produkt
z BAZARU
Tropem skarbów III Rzeszy

Artykuły

Dni Głuchołaz 2002

     Dni Głuchołaz, które odbyły się w dniach 13-14 lipca 2002 roku były okazją do zorganizowania przejazdu zabytkowymi wagonami motorowymi z Jesenika do Głuchołaz Miasta. Po raz drugi w historii zdarzyło się, że czeski pociąg wtoczył się na tę stację. Stacja Głuchołazy codziennie widuje składy naszych południowych sąsiadów, bowiem tędy wiedzie linia tranzytowa z Jesenika do Karniowa, ale nie ma niestety możliwości opuszczenia pociągu, czy też wejścia do wagonów. Natomiast na stacji Miasto po raz pierwszy czeski pociąg zawitał kilka lat temu, teraz po raz drugi.

     Na peronie powitała go orkiestra, ale i pasażerami byli dostojni goście – starosta i wicestarosta miasta Jesenika, którzy przybyli do Głuchołaz na uroczystości związane z dniami tego miasta. Z wagonów wysypali się również turyści czescy i spora garstka miłośników kolei, których łatwo było poznać po ruchliwości i aparatach fotograficznych zawieszonych na szyi. Trzaskały migawki uwieczniając tym samym co tylko się dało i było związane z kolejnictwem.

     Przejazd został zorganizowany przez Czechów, aby mieszkańcy Jesenika i okolic mogli wziąć udział w imprezie w Głuchołazach. Oba miasta są miastami partnerskimi i współpraca samorządów układa się coraz lepiej. Mieszkańcy Głuchołaz troszkę narzekali, że rozkład jazdy czeskich pociągów (2 pary) był tak skonstruowany, że zaledwie 25 minut czasu było w Jeseniku na pociąg powrotny, ale trzeba pamiętać, że kursy te miały być dla Czechów, którzy chcieli pobawić się na głuchołaskiej imprezie, a nie dla osób, które chcą zrobić zakupy w Czechach.

     Niestety, jak mi powiedział pan Stanisław Duraj, dyrektor Centrum Kultury i Rekreacji w Głuchołazach, niezwykle ciężko jest dopasować terminy imprez po obu stronach granicy. Czesi bawią się w ciągu dnia, często od godzin rannych, my z kolei jesteśmy przyzwyczajeni do zabaw popołudniowych i wieczornych. Tym samym często rozmijamy się z organizacją wolnego czasu. Tak było i teraz, kiedy to ostatni pociąg do Czech odjeżdżał z Głuchołaz o godzinie 17.23, a więc dokładnie wtedy kiedy Dni Głuchołaz zaczynały nabierać rumieńców i zaczynała się najciekawsza część imprezy.

     Na początku sierpnia planowane są w Jeseniku Dni Piwa. Będzie to spotkanie czeskich, morawskich, śląskich i słowackich browarów na jesenickim rynku z konkursami i zabawami. Czeskiego piwa z pewnością nie trzeba nam Polakom zachwalać, więc niejeden chętnie się tam wybierze. Ułatwieniem z pewnością byłby podobny do obecnego kurs z Głuchołaz do Jesenika. Trwają rozmowy, aby tak właśnie zrobić, ale czy to się uda – jeszcze nie wiadomo. Miejscowi działacze są jednak dobrej myśli, no bo skoro raz się udało, dlaczego nie można by tego powtórzyć?

     Linia kolejowa z Jesenika do Głuchołaz otwarta została 26 lutego 1888 roku na mocy porozumienia między Prusami a Austro-Węgrami. Była wówczas bardzo potrzebna i chętnie nią jeżdżono, o czym świadczą liczne dworce kolejowe, zachowane do dnia dzisiejszego, niektóre w formie dość szczątkowej, ale ciągle wyraźnej, jak na przykład przystanek przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich w Głuchołazach. Po II wojnie światowej ruch na tej linii zamarł całkowicie na kilka lat i dopiero w roku 1948 ruszył pierwszy pociąg czeski tranzytem przez Polskę. Niestety nie wznowiono już nigdy przystanku w Głuchołazach.

     Czeska strona próbowała tego dokonać już kilkakrotnie, niestety nasza polska twardogłowość nie pozwoliła na to. Ostatnio wielką przeszkodą okazał się brak zaplecza dla służb granicznych, mimo że burmistrz Głuchołaz oferował Straży Granicznej nawet dwa kontenery mieszkalne z przeznaczeniem na placówkę. Miejscowi powiedzieli mi, że poszło o budę dla psa strażników, której na stacji nie było. Oczywiście jest to spore uproszczenie, ale właściwie oddaje nastawienie mieszkańców do przeszkód, jakie stwarzają pogranicznicy.

     Kursy jakie odbyły się obecnie były magnesem, który przyciągnął garstkę zapaleńców i miłośników kolei. Nie była to tak spektakularna impreza, jak tydzień wcześniej przejazd koleją izerską na trasie Kořenov – Szklarska Poręba Górna, ale na tyle ważny, że postanowiłem w nim uczestniczyć – wszak na naszych oczach tworzy się być może historia i dalsza świetność tej linii.

     Jak już wspomniałem, pociąg wtoczył się na stację Głuchołazy Miasto punktualnie o godzinie 9.45 przy dźwiękach muzyki granej przez orkiestrę. Orkiestra nie była po to, aby przywitać pociąg, choć moim zdaniem w pełni na to zasługiwał, ale by powitać starostę Jesenika i jego zastępcę. Obaj panowie wysiedli, dali sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie (niestety zabrakło burmistrza Głuchołaz, który akurat rozdawał jubileuszowe medale) i na tym uroczystość na dworcu się zakończyła.

     Główny bohater tego dnia, składający się z zabytkowych wagonów motorowych M131, CDlm i bardziej współczesnego M810, już po chwili odszedł w cień i nawet kolejowi paparazzi zaspokoili swoją „chuć” i udali się do centrum miasta, pewnie na zakupy bo Dni Głuchołaz jeszcze się nie rozkręciły. Do powrotnego kursu pozostały blisko dwie godziny, więc i ja miałem trochę wolnego czasu – akurat na zakwaterowanie się w „Banderozie”, doskonale wyposażonym ośrodku wypoczynkowym.

     Kilkanaście minut przed odjazdem stawiłem się na stacji, gotów do historycznej jazdy. Skład był złożony z trzech wagonów, przy czym dwa skrajne były wykorzystywane podczas jazdy. Jeden na odcinku Głuchołazy Miasto do Głuchołaz, drugi na pozostałej trasie. Było to spowodowane koniecznością zmiany kierunku jazdy i brakiem obrotnicy w Głuchołazach. M131, który miał prowadzić na pierwszym odcinku jest wagonem motorowym zbudowanym w ten sposób, że pasażerowie wchodzą do niego przez kabinę maszynisty. Dzięki temu kabina ta jest dość obszerna i mieści się w niej swobodnie kilka osób. Starym zwyczajem zapytałem maszynistę, czy mogę jechać z nim i znów, podobnie jak tydzień temu w Kořenovie otrzymałem odpowiedź, że mogę.

     Ruszyliśmy punktualnie i wagony zaczęły z chrzęstem i piskiem na zakrętach toczyć się do Głuchołaz. Niesamowite przeżycie móc obserwować z kabiny prowadzącego pociąg, jak pod kołami nikną kolejne kilometry, a na poboczu migają białe słupki z zaznaczonymi kilometrami. Bardzo interesujący jest również widok pnących się w górę szyn, po których jedzie pociąg.

     Odcinek do Głuchołaz jest krótki, więc już po kilku minutach byliśmy na miejscu. Gdy tylko pociąg się zatrzymał, oblegli go celnicy i straż graniczna w liczbie kilkunastu ludzi. Trochę to było śmieszne, bo niewiele brakowało, a byłoby ich więcej niż pasażerów. Pobieżna kontrola paszportów przebiegła szybko i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Najpierw do przodu do rozjazdu, a zaraz potem z powrotem na tzw. „czeski tor”. Specyfiką tego miejsca jest, że regularnie, kilka razy dziennie przejeżdżają tędy pociągi czeskie, jadące tranzytem przez nasz kraj, omijając dzięki temu góry. Nie ma niestety możliwości rozpoczęcia czy zakończenia podróży na tej stacji – a to już jest paradoks.

     Całą dalszą jazdę spędziłem w tylnej kabinie mogąc obserwować jedynie to, co pozostawało za nami. Maszynista jednak poinformował mnie, że w drodze powrotnej to właśnie my będziemy prowadzić skład, więc cierpliwie czekałem na koniec jazdy. Zresztą obserwowanie z tego miejsca też ma swoje uroki i nie nudziłem się wcale.

     Do Jesenika wjechaliśmy planowo i tutaj też usłyszeliśmy pierwsze groźne pomruki zbliżającej się burzy. Niebo stawało się coraz bardziej ponure i w końcu zaczęło też padać. Szkoda, bo ze stacji wspaniale widać wieżę widokową na wznoszącym się nad miastem Zlatým Chlumem i inne górki w okolicy – teraz wyglądały wyjątkowo ponuro z wiszącymi nisko nad nimi ciemnymi chmurami.

     Na stacji w Jeseniku nie ma porządnej restauracji. Porządnej, to znaczy takiej w której można by zjeść coś ciepłego, chociażby nieśmiertelny wśród Polaków smażony ser. Jest za to piwo (no ale to tutaj normalne) i kanapki odgrzewane w mikrofalówce. No i atmosfera dworcowej knajpy. Tymczasem rozpadało się na dobre i odjazd pociągu nastąpił w strugach deszczu. Dzięki deszczowi mogłem za to podczas jazdy uruchomić ręczną wycieraczkę na przednich szybach wagonu motorowego. Po stronie maszynisty była automatyczna wycieraczka, więc mógł zająć się prowadzeniem składu.

     Jako, że drogę znałem, obserwując ją podczas jazdy do Jesenika, teraz niewiele rzeczy przykuwało moją uwagę. Na zainteresowanie zasługuje peron stacji w Hradcu u Jesenika, który ni stąd, ni zowąd przedzielony jest szosą prowadzącą dokładnie przez jego środek. Wygląda to zabawnie. Mijaliśmy kolejne stacje i w końcu dotarliśmy do Mikulovic, gdzie za miejscowością znajduje się drogowe przejście graniczne. Kilkaset metrów w prawo od niego zaś miejsce, gdzie my przekroczyliśmy granicę.

     Znajduje się tutaj bardzo ciekawy obiekt. Dokładnie na linii granicy stoi metalowy mostek przerzucony nad torami i zwieńczony budką. Jeszcze nie tak dawno, bo raptem kilkanaście lat temu w ciągu dnia zawsze było tutaj gwarno za sprawą grupki żołnierzy, którzy pełnili tutaj służbę. Do każdego czeskiego pociągu przekraczającego ten punkt wsiadało kilku z nich i jechało przez cały czas pobytu składu na terenie Polski. Opuszczali go dopiero na granicy, gdy pociąg opuszczał nasz kraj przejeżdżając pod podobnym mostkiem z podobną liczbą żołnierzy od strony Karniowa. Niestety zdjęcie zrobione z pędzącego pociągu nie oddaje wiernie obrazu tego miejsca.

     Dalsza droga to jazda wzdłuż Białej Głuchołaskiej u podnóża Parkowej Góry, w pięknym lesie. Tory wiją się tak jak rzeka, by po kilku minutach wjechać między pierwsze zabudowania Głuchołazów. Ciekawym jest móc obserwować prowadzące w pewnym momencie „tory polskie” do Głuchołazów Zdroju w odległości kilkunastu metrów od „torów czeskich” i stację Głuchołazy Miasto położoną u podnóża nasypu. Na tym zakończyła się nasza jazda – z suchego i przytulnego motoračka wyszliśmy na lejące się z nieba strugi deszczu.

     Źle to wróżyło rozpoczynającym się tego dnia Dniom Głuchołaz, ale na szczęście pioruny po godzinie przestały walić w okolicy, a i deszcz wkrótce ustał i pojawiło się piękne słońce, które towarzyszyło imprezie do samego wieczora. Właściwie dobrze się stało, że spadł deszcz, bo przez cały dzień zrobiło się duszno i z pewnością trudno byłoby wytrzymać na miejski stadionie dłużej niż kilka godzin.

     Sama impreza udała się znakomicie, głównie dzięki organizacyjnym zdolnościom szefa głuchołaskiego Centrum Kultury i Rekreacji, Stanisławowi Durajowi, który przygotował wszystko z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Co prawda w pewnym momencie ten zegarek zaczął spóźniać się o 15 minut, ale wkrótce nadrobiono opóźnienie i wszystko odbywało się zgodnie z planem. Zresztą przy tak dużej imprezie nie jest to niczym wielkim.

     Najwięcej radości miały dzieci, dla których stanęło na miejskim stadionie wesołe miasteczko. Nie nudzili się również dorośli, którzy podnosili sobie adrenalinę na diabelskim kole, obracającym się szybko wokół własnej osi i w pewnym momencie podniesionym do pionu, tak że pasażerowie gondol co chwilę znajdowali się głowami w dół. Jak bardzo było to emocjonujące świadczyły piski pań, dobiegające z góry.

     Przez cały czas towarzyszyły uczestnikom festynu występy artystyczne, zarówno amatorów, jak i profesjonalistów, którzy zagrali na koniec dnia dla licznej publiczności. Kilka grillów, budek z hamburgerami i hot-dogami oraz piwopoje oblegane były cały czas przez spragnionych doznań smakowych.

     Odbyły się też II Zawody Siłowe o Puchar Burmistrza. W szranki stanęło 9 zawodników, dobrze zbudowanych i pełnych chęci do walki. Niestety 100-kilogramowa sztanga przeraziła dwóch z nich i po pierwszej przymiarce zrezygnowali oni ze współzawodnictwa. Pozostali zawodnicy z różnym skutkiem poradzili sobie z ciężarem, a najlepszym okazał się Marek Majchrzak z Bodzanowa, który wycisnął sztangę w leżeniu na plecach aż 20 razy! On też otrzymał największą z puszek odżywki dla kulturystów.

     Podsumowując Dni Głuchołaz, należałoby stwierdzić, że kilkuletnie doświadczenie w organizowaniu imprezy przekłada się na sprawność działania poszczególnych jej trybów. Nie ma dzięki temu zgrzytów, ani problemów organizacyjnych, a mieszkańcy i turyści w niej uczestniczący wychodzą zadowoleni i z uśmiechem na twarzy. Pomysłów na kolejne organizatorzy mają sporo, ale z pewnością nie wszystkie uda się zrealizować, bo przerastają one możliwości miasta, przynajmniej tak jest w ocenie urzędników. Czasami jednak warto spróbować, aby się przekonać, czy się uda – czego z całego serca życzę osobom odpowiedzialnym za kulturę w Głuchołazach.


Waldemar Brygier

drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2005-05-15, godz. 17:34, Odwiedzin: 4399
Komentarze
M.M. 2005-06-15 21:13

Gratulacje dla Pana W.Brygiera za ciekawy
reportaz,oraz za imponujące zaangażowanie
problemami Sudetów,tego bardzo pięknego
rejonu naszego Kraju. Ślązacy.
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0714118481