Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy
Losowy produkt
z BAZARU
Liberec, Jablonec n. Nisou

Artykuły

100 lat kolei izerskiej!

     Właśnie z tej okazji zorganizowano kilkanaście przejazdów na odcinku z Kořenova do Szklarskiej Poręby Górnej. Oczywiście trudno tutaj podejrzewać o inicjatywę nasze PKP – od wielu lat firma ta potrafi głównie podnosić ceny, niewiele dając w zamian. Obchody jubileuszu linii zorganizowali Czesi, którym udało się przekonać do swego pomysłu polską Straż Graniczną, policję, no i PKP oczywiście, która oczyściła po polskiej stronie torowisko z największych chaszczy i samosiejek porastających pobocze.

     Ruszyliśmy z samego rana z Orla. Bez śniadania, bo obsługa jeszcze smacznie spała po przegadanej ubiegłej nocy, zresztą także z naszym częściowym udziałem. Obiecywaliśmy sobie za to wiele kulinarnych atrakcji po dotarciu do Czech. Pogoda z początku wydawała się nie być dobrą, ale gdy tylko zrobiliśmy pierwsze kroki, zaczęło się coraz bardziej przejaśniać i coraz częściej pokazywać słońce. Podziwiając po drodze kolorowo kwitnące naparstnice i inne cuda natury, kierowaliśmy się na południe do Worka Jakuszyckiego, gdzie na jego skraju otwarto niedawno nowe przejście turystyczne.

     Oficjalnie jest to przejście na szlaku turystycznym, ale takowy istnieje tylko po stronie czeskiej. Nasi południowi sąsiedzi, gdy tylko okazało się, że przejście będzie otwarte, szybko pociągnęli nitkę zielonego szlaku kończącą się do tej pory na stacji w Harrachovie do granicy. Poza tym postawili piękne tablice informacyjne i szlakowskazy. Po naszej stronie obraz nędzy i rozpaczy. Brak szlaku (podobno PTTK nie ma pieniędzy na takie rzeczy!), brak porządnych szlakowskazów, brak tablic – właściwie, gdyby nie inicjatywa Towarzystwa Izerskiego nie byłoby tutaj nic.

     Odpoczęliśmy chwilkę na przejściu, napawając się pięknem okolicy i szybko ruszyliśmy w dół do stacji w Harrachovie, ponieważ do naszych uszu dobiegały już pierwsze, dalekie sygnały pociągu. Kilka minut wcześniej ruszył z Kořenova pierwszy w tym dniu skład do Polski, więc mieliśmy nadzieję na zrobienie paru ciekawych fotek. Na stacji znaleźliśmy się dokładnie w momencie wjazdu pociągu. Pasażerów mimo wczesnej pory było wielu, a moją zazdrość wzbudziła grupka trzech osób znajdujących się w kabinie maszynisty, którzy fotografowali z tego miejsca drogę przed sobą.

     Zrobiliśmy kilka zdjęć i nie pozostało nam nic innego jak czekać na pociąg do Kořenova. Według słów kierownika pociągu, który pożegnaliśmy naszymi migawkami, miał za chwilę przyjechać zabytkowy parowóz, którym mieliśmy pojechać. Tuż przed stacją w Harrachovie znajduje się wykuty w skale wąwóz, którym miał nadjechać „samowarek”. Już widzieliśmy oczami wyobraźni czarną lokomotywę sapiącą, puszczającą kłęby pary na tle skał. Oczywiście gdy tylko usłyszeliśmy pierwsze sygnały, zajęliśmy miejsca z aparatami w rękach. Co prawda dźwięki wydobywające się z niewidocznej jeszcze lokomotywy jakoś nie pasowały nam do ciuchci, ale nic to – z nadzieją czekamy dalej...

     Wreszcie jest! Niestety bez posapywania, bez pary, za to z miarowym stukotem spalinowego silnika. Trochę zawiedzeni pstrykamy kilka fotek i ładujemy się do pociągu. Do wyboru mieliśmy kilka wagonów, w tym wagon 3 klasy z drewnianymi siedzeniami i galeryjkami na końcach. Oczywiście wybór mógł być tylko jeden i szybko zajęliśmy miejsca. W pociągu było dość pusto, więc prawie cały wagon mieliśmy dla siebie. Gdy pociąg ruszył, jak wariaci biegaliśmy z aparatami od okna do okna, obserwując krajobraz, a czasami także robiąc zdjęcia. Konduktor, który był w przedziale obok, nie przyszedł do nas sprzedać nam bilety. Może pomyślał, że skoro tam tacy wariaci na punkcie kolei siedzą, to jeszcze zechcą bilet na trzecią klasę? I co on wtedy zrobi?

     Po drodze trochę nas dziwili paparazzi poustawiani wzdłuż torów, niekiedy w takich miejscach, że zastanawialiśmy się skąd oni się tam wzięli, skoro w pobliżu nie ma żadnej drogi? Najpiękniejszy widok oczywiście mieliśmy, gdy przejeżdżaliśmy przez stalowy most na Jizerze. Oprócz miłośników kolei usadowionych na moście i nasypie obok, niektórzy stali na kamieniach w nurcie rzeki, licząc na ciekawsze ujęcia. Tylko dlaczego ich aż tyle? Zagadka rozwiązała się, gdy dotarliśmy do Kořenova, a tam stała gotowa do odjazdu owa zabytkowa lokomotywa, którą mieliśmy tutaj przyjechać. Okazało się, że co drugi kurs prowadzony jest przez ów parní vlak.

     Pociąg składał się z dwóch lokomotyw parowych, po jednej z każdej strony. Trasa do Harrachova obfituje w kilka podjazdów, więc podczas jazdy pracować musiały obie – jedna ciągnęła skład, druga go pchała. Poza tym w Harrachovie nie ma możliwości przestawienia lokomotywy, więc jedna prowadziła w jedną stronę, druga w drugą. Pomiędzy nimi były dwa wagony pasażerskie, oczywiście stare, z drewnianymi siedzeniami, które przedzielone były wagonem restauracyjnym. Całość prezentowała się wspaniale i była zapełniona do ostatniego miejsca. A gdy ruszyła powietrze rozdarł przeraźliwy gwizd i chwilę potem nastąpił śpiew lokomotywy...

     Mimo pierwszych oznak głodu, po przyjeździe do Kořenova rzuciliśmy się od razu do robienia zdjęć i zwiedzania stacji i jej okolic. A było co oglądać, bo Czesi sprowadzili między innymi pierwszy motorowy wagon, jaki jeździł po torach Czechosłowacji od lat 30-tych XX wieku. Miał charakterystyczny wygląd, gdyż posiadał na środku wieżyczkę, z której maszynista kierował pociągiem. Obejrzeliśmy również najnowszy autobus szynowy – Esmeraldę, starą lokomotywę, drezynę i pobawiliśmy się szlabanem. Potem jeszcze wystawa zdjęć, stoiska z pamiątkami i... bufet.

     Ponieważ do odjazdu naszego pociągu pozostało nam jeszcze trochę czasu, kręciliśmy się po stacji, fotografując co ciekawsze składy, które co rusz przyjeżdżały z Tanvaldu i z Harrachova. Przyjechała też zębatka, ale mimo niemal czołgania się przy kołach lokomotywy, niewiele udało nam się zobaczyć z mechanizmu pomagającego lokomotywie wciągnąć się na wzniesienie. Obecnie rzadko już używa się tych lokomotyw (jedynie z okazji okolicznościowych jazd), bo nowoczesne wagony motorowe doskonale radzą sobie ze wzniesieniami i pokonują je bez żadnego wysiłku.

     Nasz pociąg się spóźniał. Wreszcie gwizd vlačka dobiegający nas od strony Harrachova poderwał nas na nogi. Z ilości ludzi koczujących na peronie jasno wynikało, że chętnych na przejazd jest bardzo wielu, a stać blisko półtorej godziny nam się nie uśmiechało. Ruszyliśmy więc na peron w takie miejsce, by siedzieć w pierwszym wagonie. Byliśmy na tyle szybcy, że udało nam się to i po chwili siedzieliśmy, napawając się myślą o czekającej nas jeździe.

     Cały czas miałem w pamięci widok ludzi jadących w kabinie maszynisty, których widzieliśmy jeszcze w Harrachovie. Cóż szkodzi spróbować – pomyślałem. Wykorzystałem mój dziennikarski zawód, przedstawiłem się panu maszyniści i zapytałem, czy mógłbym pojechać razem z nim. Ku mojemu zdziwieniu odpowiedział, że nie mogą zabierać nikogo do kabiny, ale z okazji jubileuszu kolei izerskiej robią wyjątek dla dziennikarzy i że mnie zaprasza. Serce się radowało na taką odpowiedź! Podziękowałem i chwilę po starcie pociągu znalazłem się w kabinie.

     Kabina okazała się ciasna, tym bardziej, że oprócz mnie był jeszcze maszynista i jego pomocnik oraz polski pilot, który udzielał instrukcji maszyniście, kiedy ma dać sygnał, gdy jechaliśmy już po polskiej stronie granicy. Jazda była wyborna, zwłaszcza gdy przejeżdżaliśmy przez most na Jizerze i przez tunel przed Harrachovem. Nigdy wcześniej nie miałem okazji obserwować wjazdu pociągu na most z takiej perspektywy. Tunele przeżyłem już w zeszłym roku, gdy jechałem w kabinie maszynisty na odcinku Tanvald – Kořenov, ale i tak obecny przejazd zrobił na mnie równie wielkie wrażenie. Ciemności rozświetlane światłami i co rusz wyłaniające się z ciemności elementy tunelu robią wrażenie, jakby się było w diabelskim młynie. Niestety tunel nie był długi i już po chwili oślepiło nas słońce.

     Wkrótce już wtaczaliśmy się na pierwszą na naszej trasie stację – do Harrachova (dawniej Tkacze), witani strzelaniem migawek zebranych na peronie ludzi. Tutaj do pociągu wsiedli pogranicznicy, którzy dokonali dość pobieżnej odprawy celnej i po kilkunastu minutach ruszyliśmy na najbardziej ekscytującą część trasy – niewielu ludzi może poszczycić się jazdą na odcinku, który czekał na nas, a już na pewno zaledwie garstka jazdą w kabinie maszynisty


     „Ruszyła maszyna po szynach ospale...”. Być może dla wielu osób jadących tym pociągiem była to zwykła chwila, dla mnie jednak wspaniałym było móc zobaczyć na pordzewiałych do tej pory szynach, ślady używania w postaci startej rdzy i błyszczącej stali. Powróciły marzenia o regularnych przewozach ze Szklarskiej do Harrachova. Z rozmowy z pilotem, z którym jechałem w kabinie wynikało, że coraz więcej ludzi i organizacji jest przekonanych do tej idei – być może wspólnym wysiłkiem uda się uruchomić kolej izerską?


     Nie wiadomo było, na co patrzeć. Czy na wspaniałe widoki otwierające się w kierunku Hvězdy i Harrachova, czy na torowisko i resztki urządzeń, które pozostały po dawnej linii. Umysł pracował na najwyższych obrotach, starając się niczego nie przegapić. Torowisko miejscami wyglądało, jakby go wcale nie było, lub nagle kończyło się w trawach je porastających – ginęło w zieleni. Jednak już po chwili okazywało się, że jednak istnieje. Po drodze mijaliśmy też malownicze, wykute w skale wąwozy i liczne przejazdy kolejowe, na których spotykaliśmy czasami zdziwionych obecnością tutaj pociągu turystów.


     Dojechaliśmy do granicy państwa, oznaczonej na szynach białą plamą. Stanowiła ona punkt w którym pociąg się zatrzymywał, a maszynista prosił o zezwolenie na dalszą jazdę przez granicę państwa. Oczywiście była to tylko formalność, ale wymagana przepisami. Wkrótce też ruszyliśmy dalej. Po kilkuset metrach zauważyliśmy stojącego obok torów młodego człowieka w pomarańczowej kamizelce i z aparatem na szyi... machającego ręką! Coś podobnego! Autostopowicz (pociągostopowicz?) na trasie! Maszynista przecząco pokiwał głową, rozkładając przy tym ręce, ale po chwili zmienił zdanie i zaczął wyhamowywać. Pociągostopowicz wskoczył do wagonu na końcu składu i ruszyliśmy dalej.


     Stacja Nowy Świat do której po kilkunastu minutach dojechaliśmy właściwie nie istnieje. Pozostały po niej nikłe resztki fundamentów i fragment bocznicy kolejowej. Kiedyś był tutaj piękny budynek stacyjny. Teraz jest tutaj zarośnięte miejsce otoczone wysokim lasem. Cały czas towarzyszyły nam pozostałości trakcji elektrycznej, która istniała na tej linii, w postaci brązowych od rdzy słupów. Co jakiś czas zauważaliśmy też metalowe, jeszcze poniemieckie, podkłady kolejowe. Tory są w dość kiepskim stanie i właśnie dlatego też nie było możliwości puszczenia na tę trasę ciężkich parowozów. Jednak według słów pracownika PKP, wcale nie potrzeba aż tak wielkich nakładów, by je doprowadzić do stanu używalności – głównie trzeba poprawić kilka odcinków i wykarczować drzewa swymi gałęziami wdzierające się na torowisko.


     Na odcinku od Harrachova do Szklarskiej Poręby Górnej istniały kiedyś trzy stacje: Nowy Świat, który już minęliśmy, Jakuszyce i Huta. Właśnie dojeżdżaliśmy do Jakuszyc, przejeżdżając przez przejazd kolejowy na drodze do Orla. Tutaj także powitały nas migawki aparatów, ale ponieważ już mieliśmy spóźnienie, postój przy Biegu Piastów trwał zaledwie kilka minut i szybko ruszyliśmy dalej. Stacja kolejowa w Jakuszycach położona była nieco dalej niż nasz przystanek – przejeżdżając przez nią, zobaczyć mogliśmy ruinę budynku stacyjnego, w którym nadal można było dostrzec ślady ciekawej architektury. Stacja ta była dość spora, bo dojeżdżały tutaj również pociągi towarowe po kruszywo z pobliskiej kopalni „Stanisław” – są nawet jeszcze rampy załadowcze.


     Dalsza część trasy prowadziła aż do Szklarskiej Poręby malowniczą doliną Kamiennej, gdzieniegdzie również wśród skał, a cały czas wśród potężnych drzew raz po raz uderzających w pociąg i pozostawiających fragmenty liści i igieł na szybie i wpadających do środka. Wkrótce przejechaliśmy przez kamieniołom granitu, do którego jeszcze niedawno docierały wagony towarowe i po chwili znaleźliśmy się na stacji Huta. Jest ona zamieniona na mieszkania, więc jako tako wygląda i doskonale zachowały się budynki stacyjne.


     Tuż przed stacją końcową pan pilotujący pociąg zwrócił mi uwagę na istniejące na poboczach urządzenia odwadniające wąwóz przez który przejeżdżaliśmy. W czasach, kiedy jeździły tędy pociągi niemieckie, obmurowane kamieniem rowy doskonale spełniały swoje zadanie – teraz jednak zarośnięte trawą i mchami, nie czyszczone od wielu lat nie spełniają już swej funkcji. Po chwili naszym oczom ukazał się widok stacji Szklarska Poręba Górna z tłumem ludzi na peronie. Tutaj zakończyła się nasza podróż, jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Nie pozostało mi nic innego, jak pięknie podziękować panom kolejarzom i pożegnać się.


     Cała impreza została bardzo sprawnie przeprowadzona przez Czechów. Na stacji w Kořenovie było sporo różnego rodzaju atrakcji, wystawa sprzętu kolejowego, muzyka. Po naszej stronie właściwie oprócz kiosku z napojami i słodyczami, który i tak zawsze jest czynny, nie było nic. Wypada tylko mieć nadzieję, że nasi organizatorzy wreszcie zrozumieją jak wspaniałą reklamą dla miasta i regionu są tego typu imprezy.


Waldemar Brygier
 

Zobacz również:
- Galerię zdjęć z imprezy
- Kolej izerska
- J. Kućmin: Jelenia Góra - Tanvald. Kolej żelazna w Sudetach

drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2005-05-15, godz. 16:59, Odwiedzin: 6184
Komentarze
M.M. 2005-06-12 10:26

Dziękujemy autorowi za piękny reportaż.
Oby więcej było takich opracowań! Ślązacy.
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0698018074