Szanowni Państwo! Niniejsza strona to archiwum Serwisu NaszeSudety.pl... Po najnowsze informacje z Sudetów zapraszamy na www.naszesudety.pl
 
mapa serwisu  mapa serwisu
facebook

Polecamy

Artykuły

Najznakomitsza ruina

   Średniowieczna, rycerska wieża mieszkalna w Siedlęcinie wciąż nie jest odpowiednio zagospodarowana, ani nawet zabezpieczona. Od lat stoi pusta i niszczeje. Tymczasem uznawana jest za jeden z najcenniejszych i najsłynniejszych w Europie zabytków znajdujących się w naszym regionie. Jest największym tego rodzaju, XIV-wiecznym obiektem na Śląsku i należy do najokazalszych z takich budowli w środkowowschodniej części kontynentu.

    Słynie przede wszystkim z unikatowych, gotyckich malowideł ściennych o tematyce świeckiej zdobiących jej wnętrza. Jest wiele informacji o licznych polichromiach ścian w komnatach średniowiecznych rezydencji, tematycznie nawiązujących do życia rycerskiego. Do dziś w całej Europie zachowało się jednak jedynie kilkanaście tego typu zabytków powstałych na przestrzeni od XIII do XV wieku - we Włoszech, Niemczech, Francji, Austrii i Szwajcarii. W zestawieniu z nimi polichromie z Siedlęcina należą do najstarszych i najciekawszych pod względem ikonograficznym oraz artystycznym. Tym samym urastają do rangi najznakomitszych zabytków kultury rycersko-dworskiej w ogóle. Ciekawostką jest, iż jest to jedyny znany zestaw monumentalnych malowideł zdobiących średniowieczną budowlę, zawierający ilustracyjną opowieść o Lancelocie z Jeziora.

    Bezcenne polichromie zachowały się w świetnym stanie do czasów współczesnych. Te odsłonięte dziś widoczne są już jednak coraz słabiej. Spod warstw farby na innych, pobiałkowanych przed laty ścianach wyłaniają się tymczasem zarysy dotąd niewidocznych dzieł.

    Wieża cały czas udostępniona jest turystom. Od niedawna część jej pomieszczeń, ze względów bezpieczeństwa, wyłączona została ze zwiedzania. Wydawać by się mogło, że najbardziej dramatyczne w skutkach dla samej wieży i jej bezpośredniego otoczenia były czasy gospodarowania tutaj PGR-u. Dziś czarną robotę załatwia bezlitosny czas, wilgoć, niska temperatura, brak właściwej wentylacji i niezbędnych zabiegów konserwatorskich. I nieodpowiedzialna działalność osób, które miały zadbać o wieżę.

    - Dużym niepokojem napawa nas stan tego obiektu i fakt, że nie jest on otoczony odpowiednią opieką - mówi szef jeleniogórskiej placówki Służby Ochrony Zabytków, Wojciech Kapałczyński. - Właścicielem wieży jest gmina Jeżów Sudecki, która niewiele robi w jej sprawie, nie potrafi też właściwie wykorzystać tak cennego zabytku będącego w ich rękach. Trudno nie rozumieć braku pieniędzy na drogie zabiegi konserwatorskie. Ale tam nie ma nawet porządnej tablicy z informacjami na temat obiektu. Szczątkowe teksty, które są (jeśli jeszcze są), zawierają szereg błędów i nie uwzględniają aktualnej wiedzy na temat malowideł.

Niesławne towarzystwo

   
Trzy lata temu pojawił się promyczek nadziei w sprawie wieży. A to za sprawą powołanego do życia Towarzystwa Przyjaciół Siedlęcina, które ustami swojego prezesa Barbary Średniawy-Badowskiej roztaczało ambitne wizje zagospodarowania nie tylko samej wieży, ale i całego jej bezpośredniego otoczenia na Euroregionalny Ośrodek Kultury Dworskiej i Rycerskiej. Idea świetlanej przyszłości zgasła błyskawicznie wraz ze zdławieniem (na szczęście w zarodku) pożaru wieży będącego dramatycznym skutkiem braku wyobraźni głównego organizatora I Festiwalu Pieśni Dworskiej i Rycerskiej, który odbył się w Siedlęcinie jesienią 1998 roku. Głównym organizatorem imprezy była B. Średniawa, prezes towarzystwa i jednocześnie właściciel firmy oficjalnie dzierżawiącej obiekt. Mimo braku pozwolenia na realizację takiego pomysłu z użyciem zabytkowej substancji, na polecenie szefowej imprezy rozpalono ogień w kominku na jednej z kondygnacji. Żywe płomienie miały stworzyć odpowiedni nastrój wydarzenia... Przy okazji dobrały się też do elementów drewnianej konstrukcji jednego ze stropów budowli. Pożar wybuchł po tym, jak uczestnicy festiwalu opuścili już budynek. Wieża nie spłonęła najprawdopodobniej tylko dzięki przytomnej postawie mieszkańców zabudowań przylegających do wieży, którzy stłumili płomienie, zanim na miejsce przyjechała straż pożarna. Za usunięcie skutków pożaru odpowiedzialna była B. Średniawa, na której ciążył też obowiązek ubezpieczenia obiektu. Faktem jest, że do dziś prace w tym zakresie nie zostały wykonane.

    - Umowa dotycząca dzierżawy wieży z 1998 roku została rozwiązana, ale cała sprawa nie została jeszcze zamknięta. Zamierzamy do niej wrócić, tym bardziej, że niedawno pani B. Średniawa uaktywniła się na innym polu działalności na terenie regionu i wiemy, już gdzie jej szukać - zapewnia wójt gminy Jeżów Sudecki, Edward Dudek.

    - Nieprawdą jest, że zniknęłam i nie było za mną kontaktu - kategorycznie stwierdza Barbara Średniawa. - Cały czas interesowałam się wieżą i zabiegałam o naprawienie szkód po pożarze, ponieważ czułam i nadal czuję się odpowiedzialna za to, co się stało. To, że prace nie zostały wykonane, nie jest moją winą. Do jakichkolwiek remontów w takim obiekcie potrzebna jest firma o specjalnych uprawnieniach konserwatorskich, a znaleźć taką nie jest łatwo. Gdy załatwiłam wszystkie potrzebne pozwolenia u konserwatora i udało mi się znaleźć wykonawcę prac, nie mogłam już nawet wejść do wieży, bo nie chciano mnie tam wpuścić. Mimo tego nadal nie wypieram się odpowiedzialności i szukam firmy, która spełni wymogi konserwatora i wykona odpowiednie prace. Żal mi wieży, bo mogłam zrobić z niej cud, stworzyć tam wspaniałe centrum kultury, ważne dla tego terenu. I przy tym zatrzymać wspaniały zabytek w rękach gminy. Ale nikt nie był tym zainteresowany. Postanowiono sprzedać wieżę wraz z zabudowaniami wokół i zrezygnowano z moich propozycji.

Księżna na włościach

   
W okolicy pojawiła się następnie Elżbieta Staciba zwana „księżną” z racji tytułowania się Księżną Ziemi Koszalińskiej. Księżna przyjechała do Siedlęcina z zamiarem kupna wieży i otaczającego ją terenu wraz z zabudowaniami. Wystartowała do przetargu zorganizowanego przez Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa (do której należy teren wokół wieży) i przetarg ów wygrała. Wygrała też gminny przetarg na sprzedaż samej wieży, ale ponieważ poza 20-tys. wadium do samorządowej kasy nie wpłaciła ani złotówki, właścicielką obiektu nie została.

Pani Irenka

   
Dziś jedynym dobrym duchem cennego obiektu jest chyba tylko pani Irenka, która mieszka przy wieży i zajmuje się dozorowaniem zabytku. Za symboliczne wynagrodzenie z gminy dba o czystość wokół wieży i w jej wnętrzach. Otwiera ją turystom i sprzedaje bilety. Pewnie tylko dzięki niej wieża trwa i nie tonie w śmieciach. Na maleńkim dziedzińcu i we wnętrzach jest czysto i spokojnie. Wszyscy, którzy chcą obejrzeć zabytkowe malowidła, mogą bez przeszkód zwiedzać wieżę, ale pod czujnym okiem dozorczyni. Pani Irenka opowiada historie, które świadczą o tym, że gdyby nie jej osobista troska o zabytek, niewiele mogłoby ocaleć z jego wartości:

    - Stale pilnować trzeba tych, co kupują bilety i sprawdzać, co mają ze sobą, gdy idą na górę. Jeszcze zanim oficjalnie nie dano mi wieży pod opiekę, przeganiałam stąd ludzi, co chcieli sobie nocować w środku, gotować tam kolacje na butlach gazowych, czy młodych, co notorycznie pchali się na poddasze, żeby tam seks uprawiać. Teraz co rusz przeganiam stąd jakichś ludzi, co się niby za fachowców od konserwatora podają. Co mi tam konserwator! Bez pisma z gminy albo słowa od wójta nikogo nie wpuszczam, żeby nie wiem co. A z tymi, co niby tylko zwiedzać chcą, a torby ze sobą targają albo za długo siedzą na górze, obchodzę się w odpowiedni sposób. Bo to dużo trzeba, by jaki belzebub dziurę wywiercił w murze i dynamit wsadził?!...

    Pani Irenka opowiada kilka bardzo niepokojących historii o szczególnym zainteresowaniu wieżą. I to bynajmniej nie ze strony zwykłych turystów, których coraz mniej tutaj zagląda. Jak wynika z jej słów, kilka miesięcy temu pojawiła się u niej grupa Włochów podających się za konserwatorów zabytków. Najpierw szczegółowo obejrzeli malowidła, a później oświadczyli jej, że następnego dnia przyjdą i wykują polichromie ze ściany.

    - Powiedziałam temu ich tłumaczowi, że stukać to oni mogą sobie w głowę, i że jutro nawet niech mi się na oczy nie pokazują, chyba że przywiozą ze sobą wójta, który każe wpuścić. No i pogoniłam ich natychmiast. Następnego dnia już nie wrócili. Całkiem niedawno przyszedł tu też taki jeden z wielkim młotem w torbie. Pytam go, po co mu ten młot, a on na to, że chce tylko obejrzeć piwnice. To powiedziałam mu, że owszem, ale niech torbę zostawi u mnie. Nie chciał się zgodzić. Stałam twardo przy swoim, no i nagle stracił zainteresowanie zwiedzaniem.

Niepewna przyszłość

   
Gmina wciąż nie ma pomysłu na zagospodarowanie wieży, nieustannie usiłuje więc sprzedać zabytek. Wieża wyceniona jest na około 200 tys. złotych. Gdy zadzwoniłem do urzędu w Jeżowie i wspomniałem o siedlęcińskiej wieży, natychmiast usłyszałem pytanie: „A chce pan kupić?”.

    - Sami nie zagospodarujemy tego obiektu, dlatego chcemy przekazać go w dobre ręce - przekonuje Edward Dudek. - Właśnie organizujemy kolejny przetarg, może zakończyć się sukcesem. To bardzo prawdopodobne, ponieważ wieżą zainteresowała się Fundacja „Zamek Chudów” z Katowic, która zajmuje się już zabytkowymi ruinami w innej części kraju. Przetarg odbędzie się pod koniec listopada. Problemem jest nadal teren z zabudowaniami wokół wieży. Nie należy on do gminy, a powinien tworzyć jedną całość z zabytkiem, by można było całość sensownie zagospodarować. Być może problem ten sam się rozwiąże, bo księżna Staciba, ma zdaje się kłopoty z rozliczeniem się i z Agencją Własności Rolnej Skarbu Państwa, może więc stracić prawo do przejętej nieruchomości. Wierzę, że gdy to się stanie, uda się wreszcie otoczyć cały kompleks właściwą opieką.


Daniel Antosik


PS. Towarzystwo Miłośników Siedlęcina zawiesiło działalność.
drukuj drukuj
« powrót
Dodano: 2005-05-15, godz. 14:32, Odwiedzin: 4686
Komentarze
Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany na stronie
0.0932130814